Maj 2016

31 Maj, 2016


Golden State Warriors 96:88 Oklahoma City Thunder

Na początek przepraszam za opóźnienie w relacji z tak ważnego meczu, ale godzin lotów samolotem rejsowym niestety się nie wybiera. Ominęły mnie najważniejsze momenty tego spotkania i dopiero teraz widzę, że GSW jednak awansowali do Wielkiego Finału. W momencie, w którym kończyłem oglądać mecz na żywo OKC prowadzili na początku drugiej kwarty i jak widzę trzynastopunktowe prowadzenie (35:22) oddali w trzeciej odsłonie meczu. Ze skrótów i statystyk nie będę opisywał spotkania, bo nie miałoby to sensu. Spróbuje podsumować zatem w kilku zdaniach całą serię. Przede wzsystkim wielkie brawa należą się Wojownikom za powrót od stanu 1:3 i wytrzymanie presji. Mecz numer siedem był jak widzę po suchych statystykach popisem Stephena Curry'ego, który zdobył 36 punktów trafiając 13 z 24 rzutów z gry, w tym 7/12 za trzy punkty. Steph zdobywał też najważniejsze punkty w końcówce meczu i mam wrażenie, że był ojcem zwycięstwa Mistrzów NBA. W meczu numer sześć brylował natomiast Klay Thompson i to właśnie swojemu duetowi Splash Brothers Wojownicy zawdzięczają awans do Wielkiego Finału. Thunder natomiast w trzech przegranych z rzędu spotkaniach mieli za każdym razem swoje szanse, ale gubili się w najważniejszych momentach. Ta fantastyczna skądinąd drużyna udowodniła, że nie ma genu mistrzowskiego i dała sobie wydrzeć z rąk pewny wydawałoby się awans do Finałów NBA. Oba zespoły miały w swoich szeregach fantastyczne indywidualności i do ostatnich dwóch gier duet Durant-Westbrook spisywał sie lepiej od duetu Splash Brothers. Jednak mecze sześć i siedem potwierdziły niesamowite możliwości rzutowe liderów GSW, a gwiazdorzy Oklahomy w najważniejszych momentach nie udzwignęli odpowiedzialności za wynik na swoich barkach. Golden State mieli też szersza ławkę, a trener Donovan w końcówce serii rotował zaledwie ośmioma zawodnikami, co na pewno nie pozostało obojetne dla kondycji fizycznej graczy Oklahomy. Tak więc będziemy mieli powtórkę zestawu z zeszłego roku, ale wcale nie jest powiedziane, że wynik będzie taki sam. Cleveland Cavaliers są podczas tegorocznych playoffs wyjatkowo mocni i co najważniejsze wszyscy kluczowi gracze Cavs są zdrowi i pałający chęcią do rewanżu. Moje przewidywania odnośnie Finałów przedstawię jutro, jak tylko ogarnę logistyczne zamieszaniewink. 


29 Maj, 2016


Oklahoma City Thunder 101:108 Golden State Warriors

No i stało się to czego mogliśmy oczekiwać od początku tej serii. Będziemy świadkami decydujacego meczu numer siedem! Gracze z Oklahomy nie wykorzystali tej nocy ogromnej szansy i oddali ostatecznie przewagę parkietu przegrywając po raz drugi z rzędu z Obrońcami Mistrzowskiego Tytułu. Od początku meczu można było zauważyć pewną nerwowość w poczynaniach obu drużyn, które nie trafiały z taką częstotliwością jak w poprzednich spotkaniach. Po pierwszej kwarcie gospodarze prowadzili 23:20, a w trakcie jej trwania Stephen Curry nie zdołał uzyskać ani jednego punktu. Po powrocie na parkiet w drugiej części zawodów trafił pierwszą "trójkę" i odblokował się strzelecko. W tym czasie jednak dzięki akcjom duetu Durant-Westbrook Grzmoty wyszły na 13-sto punktowe prowadzenie (41:28), co biorąc pod uwagę szybkie odskoki OKC w poprzednich meczach przed własną publicznością nie wróżyło dobrze Wojownikom. Tym razem jednak na wysokości zadania stanęli Splash Brothers i jeszcze do końca tej kwarty rzucili 15 punktów, co w głównej mierze pozwoliło gościom zniwelować straty do pięciu "oczek" (48:53). Pierwsze dwie akcje trzeciej odsłony meczu to dwa celne rzuty zza łuku Klaya Thompsona i prowadzenie GSW 54:53. Od tego czasu przez osiem minut trwała wymiana ciosów, lecz końcówkę tej kwarty lepiej zagrali gospodarze i na ostatnią część zawodów wychodzili z ośmiopunktowym prowadzeniem (83:75). Wojownicy od początku czwartej kwarty próbowali niwelować strary rzutami za trzy punkty, co udawało się w głównej mierze dzięki zankomitej skuteczności Thompsona. Po stronie Oklahomy odpowiadał punktami Russell Westbrook i jeszcze na pięć minut przed zakończeniem meczu OKC prowadzili 97:92. Wówczas swoją klasę pokazał Curry i dwoma celnymi "trójkami" doprowadził do remisu po 99 na niecałe trzy minuty przed końcem zawodów. Kluczowe punkty zdobył w końcówce rzutem zza linii 7,24 Thompson i Wojownicy wyszli na prowadzenie 104:101. To wprowadziło wielką nerwowość w szeregach gospodarzy. Najpierw próbował odpowiedzieć zza łuku Kevin Durant, lecz jego próba okazała się niecelna. Nastepnie rozpoczął się festiwal strat po stronie Thunder, którzy w ciągu ostatniej minuty zaliczyli ich aż cztery (3 Westbrook i 1 Durant). Golden State zachowali zimną krew i odpowiedzieli rzutem o tablicę Curry'ego oraz celnymi osobistymi Thompsona i triumfowali ostatecznie 108:101 doprowadzając do meczu numer siedem, który odbędzie się za dwa dni w Oakland. Za spotkanie numer sześć wielkie brawa dla Wojowników, którzy wytrzymali presję i potafili odmienić losy meczu w ostatniej kwarcie. Fantastyczny zawody rozegrał Klay Thompson, który zdobył ostatatecznie 41 punktów trafiając 14 z 30 rzutów z gry, w tym 11/18 za trzy punkty. 11 celnych "trójek" jest nowym rekordem NBA w fazie playoff. Stephen Curry był natomiast bardzo bliski uzyskania triple-double i zakończył spotkanie z 29 punktami, 10 zbiórkami i 9 asystami na swoim koncie. Po stronie Oklahomy Westbrookowi także niewiele zabrakło do "tripla" (28 pkt, 11 ast, 9 zbr), a Durant dodał od siebie 29 "oczek", 7 zbiórek i po 3 asysty i bloki, grając jednak z nienajwyższą skutecznością (10/31 z gry). Gracze z Oklahomy nie wytrzymali w głowach końcówki spotkania i teraz przewaga psychologiczna będzie na pewno po stronie Obrońców Tytułu, ale jeśli zawodnicy OKC nie będą rozpamiętywać zaprzepaszczonej szansy i podejdą do tego meczu odpowiednio nastawieni to jeszcze wiele ciekawych i emocjonujących wydarzeń mozemy zobaczyć na parkiecie Oracle Arena. W końcu podczas trwania całej serii widzieliśmy już wiele zwrotów akcji i jeśli z Grzmotów nie zeszło już powietrze to mecz numer siedem zapowiada się na pewno bardzo ciekawie.


28 Maj, 2016


Toronto Raptors 87:113 Cleveland Cavaliers

Cleveland Cavaliers zameldowali się z przytupem w Wielkim Finale NBA. Tej nocy nie dali żadnych szans Toronto Raptors, będąc od początku do końca lepszą drużyną. W pierwszej kwarcie Kanadyjczycy jeszcze trzymali się jakoś i ich strata wynosiła zaledwie 6 puntów (25:31). Początek spotkania należał zdecydowanie do LeBrona Jamesa, który po pierwszych dwunastu minutach miał na swoim koncie już 14 punktów. Do przerwy prowadzenie Cavs wzrosło do 14 "oczek" (55:41), a trzecia odsłona meczu ugruntowała tylko dużą przewagę gości z Cleveland. Ostatecznie wygrali oni różnicą aż 26 punktów, dając do zrozumienia rywalom z Zachodu, że nie obawiają się konfrontacji w Wielkim Finale, niezależnie z kim przyjdzie im się zmierzyć. Fantastyczne zawody rozegrali LeBron James i Kyrie Irving. LBJ uzyskał 33 punkty, 11 zbiórek, 6 asyst i 3 bloki. Irving natomiast dołożył od siebie 30 punktów, 9 asyst, 4 zbiórki oraz 3 przechwyty. Po stronie Toronto dobrze spisali sie gracze obwodowi Kyle Lowry i DeMar DeRozan uzyskując odpowiednio 35 i 20 "oczek". Raptorom należą się ogromne brawa za cały sezon, podczas którego pokazali, iż są naprawdę mocną ekipą i jeśli utrzymają ten skład to mogą być nadal groźni dla każdej drużyny NBA w następnym sezonie. A przed Cavs teraz ostatnia prosta i wielka szansa na zdobycie Tytułu, gdyż w konfrontacji z GSW lub OKC nie będą stali na pewno na straconej pozycji, a wręcz przeciwnie mogą być faworytami Finałów. W każdym razie na pewno szykują nam się wielkie emocje! 


27 Maj, 2016


Golden State Warriors 120:111 Oklahoma City Thunder

Mistrzowie NBA wygrali we własnej hali spotkanie numer pięć serii z Oklahomą i wciąż pozostają w grze o Tytuł. Mecz był jednak zacięty od początku do końca, a będący w uderzeniu gracze OKC starali się już na parkiecie rywali przesądzić o losch awansu. Wojownicy tym razem lepiej weszli w te zawody i po ośmiu minutach gry osiągnęli dziewieciopunktowe prowadzenie (19:10). Grzmotom udało się w końcówce pierwszej kwarty zniwelować nieco straty i doprowadzić do stanu 21:25. Do połowy drugiej części gry mecz układał się według tego samego schematu, czyli doprowadzania do jednopunktowej straty przez gości i ponownego odskoku Warriors na odległość 4-5 "oczek". Dopiero w połowie kwarty obudził się nieco niewidoczny wcześniej Stephen Curry i dzięki siedmiu punktom z rzędu zdobytym w ciągu minuty gry dał swojej drużynie ośmiopunktową przewagę (47:39), która utrzymała się do przerwy (58:50). Pierwsza połowa trzeciej kwarty to mocny napór Oklahomy, dzięki któremu Thunder wyszli po raz pierwszy w tym spotkaniu na prowadzenie 68:67. Wojownicy jednak nie podłamali się tym faktem i przed ostatnią częścią zawodów wygrywali 81:77. Od początku czwartej kwarty gospodarze małymi krokami wciąż powiększali swoje prowadzenie i na sześć minut przed końcem meczu wynosiło ono 12 punktów (102:90). Mimo bardzo dobrej gry w końcówce meczu Kevina Duranta, który w ciągu pięciu minut zdobył 12 punktów, gospodarze nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa i dzięki temu pozostali wciąż w grze o Mistrzowski Tytuł. W barwach zwycięzców dobre spotkanie rozegrał wreszcie Stephen Curry, który uzyskał 31 punktów, 8 asyst, 7 zbiórek oraz 5 przechwytów i tylko 7 strat rzuca nieco cień na jego występ. Wojownicy wreszcie powalczyli z rywalami na tablicach remisując w ilości zbiórek w całym meczu po 45. Dobrze spisali się w tym względzie zarówno Draymond Green jak i Andrew Bogut notując odpowiednio po 13 i 14 zbiórek i dodajac do nich 11 i 15 punktów, dzięki czemu obaj skompletowali double-double. Green także dołożył po 4 bloki i asysty, choć znowu nie uniknął przewinienia technicznego w trakcie meczu. Po stronie gości znów "szaleli" Kevin Durant i Russell Westbrook uzyskując odpowiednio 40 i 31 "oczek", ale tym razem obaj grali ze skutecznością sporo poniżej 50% (KD 12/31, RW 11/28 z gry). Tak więc za dwa dni kolejny mecz o życie dla Mistrzów NBA i jeśli chcą doprowadzić do decydującego starcia przed własną publicznością to będą musieli przełamać parkiet w Oklahomie i powstrzymać wystrzałowy duet rywali, co biorąc pod uwagę determinację i obecną formę Thunder na pewno nie będzie łatwym zadaniem. 


26 Maj, 2016


Cleveland Cavaliers 116:78 Toronto Raptors

Deklasacja, to jedyne słowo które przychodzi mi na myśl po obejrzeniu tego spotkania. Cleveland podrażnieni dwoma porażkami z rzędu w Toronto urządzili tej nocy Kanadyjczykom istną rzeź niewiniątek, a dominacja gospodarzy nie podlegała żadnej kwestii od samego początku meczu. Raptors prowadzili po raz ostatni 7:6 po rozegraniu trzech minut spotkania i od tego czasu rozpoczął się "one team show". Goście pomimo powrotu do gry po kontuzji kostki Jonasa Valanciunasa już po pierwszych dwunastu minutach przegrywali 19:37, a łatwość z jaką gracze Cavaliers zdobywali kolejne punkty była wręcz porażająca. Rozpędzeni gospodarze do przerwy odskoczyli swoim rywalom na odległość 31 punktów (65:34), grając wyjątkowo dobrze zarówno w ataku jak i w obronie. Po trzeciej kwarcie różnica między dwiema drużynami wzrosła do okrągłych 40 "oczek" (100:60), a w barwach Cavs bardzo udanie poczynała sobie "Wielka Trójka" zdobywając w sumie 71 punktów w trakcie zaledwie trzech kwart gry. Każdy z jej członków zagrał tej nocy z ponad 50-cio procentową skutecznością z gry, a Kevin Love okazał się być najlepszym strzelcem meczu zdobywając ostatecznie 25 punktów. Love spędził na parkiecie zaledwie 23 minuty i już w połowie trzeciej części meczu rozpoczął odpoczynek na ławce rezerwowych, ale do tego czasu zaliczył aż 80% skuteczności trafiając 8 z 10 prób z gry (w tym 3/4 za trzy punkty) oraz wszystkie 6 osobistych. LeBron James i Kyrie Irving też już nie pojawili się na parkiecie Quicken Loans Arena w ostatniej odsłonie meczu i obaj zakończyli zawody z dorobkiem 23 punktów na swoich kontach. Czwarta kwarta to już głębokie rezerwy ze strony gospodarzy, co pozwoliło nieznacznie zmniejszyć Raptorom i tak gigantyczną przewagę Cavaliers, którzy zakończyli spotkanie ze skutecznością z gry na poziomie 57,1% (44/77 z gry). Cavs zdominowali wszystkie elementy koszykarskiego rzemiosła, ale ich przewaga nad rywalami najbardziej uwidoczniła się na tablicach, gdzie zebrali aż 21 piłek więcej od Toronto (48:27). W barwach Raptors ciężko kogokolwiek wyróżnić po tak słabym meczu, więc tylko z kronikarskiego obowiązku zaznaczę, iż zarówno Kyle Lowry jak i DeMar DeRozan zagrali bardzo słabe zawody zdobywając odpowiednio 13 i 14 punktów, co w porównaniu z poprzednim meczem w ich wykonaniu jest istną przepaścią. Teraz obie drużyny czeka powrót do Kanady na spotkanie numer sześć i po obejrzeniu dzisiejszych wydarzeń na parkiecie w Cleveland nie jestem sobie w stanie wyobrazić, aby te dwie ekipy musiały wrócić jeszcze raz do Ohio na decydujące starcie. Cavs po wrzuceniu szóstego biegu są po prostu za mocni dla Raptors i jeśli podejdą odpowiednio skoncentrowani do meczu w Kanadzie to zakończą serię stanem 4:2 i zameldują się w wielkim Finale NBA. 


25 Maj, 2016


Oklahoma City Thunder 118:94 Golden State Warriors

Kolejne znakomite zawody w wykonaniu Oklahomy i prowadzenie w serii 3:1 stało się faktem. Golden State Warriors, którzy przegrali po raz pierwszy w tym sezonie drugie spotkanie z rzedu, nie są w stanie jak na razie powstrzymać huraganowych ataków OKC, a sami zatracili łatwość zdobywania punktów, co skończyło się po raz kolejny blowoutem dla Mistrzów NBA. Od początku meczu gracze z Oklahomy sprawiali lepsze wrażenie i już w połowie pierwszej kwarty osiągnęli czternastopunktowe prowadzenie (22:8). Tylko dzięki dobrej postawie graczy rezerwowych Wojownikom udało się zmniejszyć przewagę gospodarzy do czterech punktów po pierwszych 12 minutach gry. Jednak druga odsłona meczu wyglądała bardzo podobnie, z tym że tym razem to ostatnie 6 minut tej kwarty należało wyraźnie do Grzmotów i pierwsza połowa zakończyła sie wynikiem 72:53. Znakomite spotkanie grał od początku Russell Westbrook, ale to właśnie druga kwarta szczególnie należała do niego a w trakcie jej trwania zdobył 16 punktów. Do przerwy miał już na swoim koncie także 9 asyst i 5 zbiórek i stało sie jasne, że pierwszego w tegorocznych playoffs triple-double. Wojownicy byli natomiast wyjątkowo ospali, a duet Splash Brothers nie funkcjonował tak dobrze jak zwykle. Jeśli jeszcze Stephen Curry do przerwy wyglądał nienajgorzej (15 pkt), to już Klay Thompson (4 pkt) kompletnie nie mógł sobie odnaleźć miejsca na parkiecie. Sytuacja uległa diametralnie zmianie w trzeciej części meczu, która należała właśnie do Thompsona. Dzięki jego bardzo dobrej postawie (19 pkt w tej kwarcie) Wojownicy nadrobili część strat i przystępowali do ostatniej odsłony meczu z dwunastopunktowym deficytem (82:94). Czwarta kwarta zaczęła sie od celnej "trójki" Thompsona i w sercach kibiców Golden State pojawiła się nadzieja na dogonienie przeciwników. Gracze OKC szybko jednak rozwiali wszelkie watpliwości, dzięki świetnej grze całej pierwszej piątki odskoczyli ponownie na kilkanaście punktów różnicy i już do końca spotkania kontrolowali jego przebieg. Gdy do końca meczu pozostawało ponad osiem minut Russell Westbrook zebrał piłkę z tablic po raz dziesiąty i tym samym uzbierał triple-double mając już wcześniej na koncie dwucyfrowe statystyki w punktach i asystach. Russ ostatecznie zakończył zawody z 36 punktami oraz dodał do tego po 11 asyst i zbiórek, a także 4 przechwyty. Kevin Durant dołożył od siebie 26 "oczek", 11 zbiórek, po 4 asysty i przechwyty oraz 3 bloki. Cała pierwsza piątka Thunder uzyskała dwucyfrowe wyniki punktowe, a na duże brawa zasłużył będący zwykle w cieniu sławniejszych kolegów z drużyny Andre Roberson, który zaliczył w tym meczu double-double na poziomie 17-12 oraz dodał do tego 5 przechwytów, 3 asysty i 2 bloki. W drużynie Wojowników można wyróżnić Klay'a Thompsona za trzecią kwartę (ostatecznie zakończył mecz z 26 punktami na koncie) i w zasadzie tyle, więc trochę mało jak na Obrońców Tytułu w tak ważnym spotkaniu. Stephen Curry po raz kolejny nie potrafił wstrzelić się odpowiednio do kosza rywali i zdobył zaledwie 19 punktów trafiając tylko 6 z 20 rzutów z gry (w tym 2/10 zza łuku). Z punktu widzenia Golden State Warriors sytuacja wygląda naprawdę kiepsko i aż się nie chce wierzyć żeby nagle wygrali trzy mecze z rzędu i awansowali do Wielkiego Finału. OKC graja naprawdę fantastyczną koszykówkę i dominują nad swoimi rywalami w wielu aspektach gry, z czego najbardziej widoczna jest przewaga na tablicach, która w meczu numer 4 wyniosła 56:40 na korzyść Oklahomy. Grzmoty są na razie po prostu lepsze od Wojowników, a grający z ogromnym rozmachem duet Durant-Westbrook nie do zatrzymania dla obrony GSW. Parafrazując piłkarskie porzekadło "dopóki piłka w grze...", ale naprawde Warriors muszą się wznieść na wyżyny mozliwości jeśli chcą jeszcze powalczyć o obronę Tytułu. Czy stać ich na to? Napewno, ale przeciwnik jest wyjątkowo mocny i myśli o tym samym, czyli Wielkim Finale NBA, a na tą chwilę ma trochę więcej argumentów po swojej stronie. Ale nie skreślajmy jeszcze Wojowników i poczekajmy do meczu numer 5 za dwa dni w Oakland. Może ta seria przyniesie nam jeszcze trochę emocji, ale to już zależy tylko od postawy Golden State Warriors. 


24 Maj, 2016


Toronto Raptors 105:99 Cleveland Cavaliers

Drugi mecz obu drużyn w Toronto i kolejne zwycięstwo gospodarzy, którzy doprowadzili tym samym do remisu 2:2 w serii. Gdyby po obu meczach w Cleveland ktoś powiedział mi, że Raptors podniosą się u siebie i nadal będą walczyć o Finał NBA uśmiechnąłbym się z politowaniem. Wówczas zastanawiałem się tylko czy ta seria zakończy się jak dwie poprzednie w wykonaniu Cavs sweepm, czy Raptors uszczkną choć jeden mecz rozpędzonym przeciwnikom. A jednak uszczknęli i to aż dwa z rzędu, a dzisiejsze zawody były bardzo emocjonujace i obfitujące w duże zwroty akcji. Początek spotkania należał do Toronto, które po pierwszej, wygranej 27:24 kwarcie, ruszyło za ciosem i w drugiej odsłonie meczu zdominowało wydarzenia na parkiecie głównie dzięki świetnej postawie Kyle'a Lowry'ego, zdobywcy 20 punktów do przerwy, dzięki czemu Raptors prowadzili po pierwszych 24 minutach 57:41. Tuż po rozpoczeciu trzeciej kwarty, po udanej akcji DeRozana, przewaga gospodarzy wzrosła do 18 punktów, ale wówczas sprawy w swoje ręce wziął Kyrie Irving zdobywając w ciągu minuty osiem punktów z rzędu i przywracając swojej drużynie nadzieję na dogoinienie rywali. Taka sytuacja nastąpiła na osiem minut przed końcem meczu , kiedy po serii celnych "trójek" Channinga Frye'a oraz akcjach LeBrona Jamesa goście objeli prowadzenie 84:83. Wówczas wydawało się, że pójdą za ciosem i przełamią parkiet w Toronto, ale innego zdania byli gracze z Kanady. Dzieki świetnej postawie swojego backcourtu Lowry-DeRozan obronili się przed atakami Cleveland i zdołali doprowadzić Raptors do zwycięstwa. Desperackie próby nadgonienia wyniku rzutami zza łuku nie wychodziły gościom w końcówce i remis w serii stał się faktem. Wspomniany duet obwodowy Toronto zdobył wspólnie w tym meczu aż 67 punktów (KL 35, DMDR 32), grajac z wysoką, ponad 50-cio procentową skutecznością rzutów z gry. Ogólnie Raptors zakończyli ten mecz ze skutecznością 53,8%, co okazało sie być ich drogą do sukcesu. Wśród pokonanych wyróżnili się LeBron James (29 pkt) i Kyrie Irving (26 pkt), ale w najważniejszych momentach czwartej kwary nie trafiali akurat swoich rzutów, co pozwoilło Toronto dowieźć zwycięstwo do końca zawodów. Teraz obie drużyny czeka powrót do Cleveland i gospodarze po raz pierwszy podczas tegorocznych playoffs zagrają tam z ciążącą na nich presją zwycięstwa. 


23 Maj, 2016


Oklahoma City Thunder 133:105 Golden State Warriors

Poprzednie starcie obu drużyn w tej serii zakończyło się wysokim zwycięstwem Obrońców Tytułu Mistrzowskiego, którzy jechali na dwa mecze do Oklahomy z myślą odzyskania przewagi parkietu i uzyskania dominacji psychologicznej nad świetnie spisującymi się podczas tegorocznych playoffs graczami Thunder. Swoje założenia będą jednak musieli odłożyć co najmniej do spotkania numer cztery, a stan psychiczny Wojowników po dzisiejszym meczu mógł ulec co najwyżej tylko lekkiemu pogorszeniu, natomiast morale OKC na pewno mocno wzrosły. Grzmoty bowiem potwierdziły swoją niesamowitą siłę w ataku oraz dominację na tablicach, na których są od początku fazy postseason najlepszą drużyną. Wydawało się, że goście będą bardziej zdeterminowanym zespołem, ale jednak to Oklahoma bardziej "gryzła parkiet" i osiągnęła szybko na tyle dużą przewagę by spokojnie móc dokończyć zawody będąc pewnymi zwycięstwa. Kluczowym momentem tego spotkania było ostatnie pięć minut drugiej kwarty, które OKC wygrali 19:3. Jeszcze na osiem minut przed końcem tej części meczu był remis po 40, a trzy minuty później GSW wciąż mieli kontakt z rywalami przegrywając 44:53. Właśnie wówczas stracili z widoku swoich przeciwników, którzy dzięki świetnej postawie zarówno w obronie jak i w ataku odskoczli Wojownikom na bezpieczną przewagę (72:47). NBA znała już nie takie przypadki powrotów do gry, więc być może pomny tego trener Billy Donovan nakazał swoim graczom jeszcze większe podkręcenie tempa, które skończyło się aż 45 punktami zdobytymi przez gospodarzy w trzeciej kwarcie, na co GSW zdołali odpowiedzieć 33 "oczkami". 117:80 po 36 minutach gry to był istny nokaut i ostatnią część gry na parkiecie spędzili gracze rezerwowi, a starterzy mogli przyglądać się z ławki ich poczynaniom i analizować w głowach wydarzenia sprzed kilkunastu minut. Oklahoma tym meczem ustanowiła rekord klubu w ilości zdobytych punktów podczas playoffs. Co było przyczyną tak znakomitej postawy OKC w tym meczu? Na pewno Thunder zdominowali swoich przeciwników na tablicach wygrywając w zbiórkach 52:38. Fantastycznie zagrali też liderzy Grzmotów. Kevin Durant zdobył 33 punkty trafiając z gry 10/15 rzutów oraz wszystkie 12 podejść z linii rzutów wolnych. Do tego dołożył 8 zbiórek, 3 bloki i 2 asysty. Russell Westbrook był natomiast bliski osiągnięcia triple-double rzucając 30 punktów oraz dokładając do nich 12 asyst i 8 zbiórek. Z dobrej strony pokazał się także Serge Ibaka, który uzyskał 14 punktów, 8 zbiórek oraz po 2 bloki i przechwyty. Po stronie Wojowników najwięcej punktów rzucił Stephen Curry (24), ale wspominając jego poprzednią wizytę w Oklahomie, podczas której zdobył 46 punktów i trafił 12 "trójek" to dzisiaj wypadł dość blado, tak jak zresztą cała drużyna Golden State. Mistrzom NBA pozostaje więc nastepny mecz w Oklahomie do odrobienia strat i jeśli nie będą chcieli wracać do Oakland z nożem na gardle to musza znacznie poprawić swoją grę zwłaszcza w obronie, która dzisiaj kompletnie nie funkcjonowała. Tak więc już za dwa dni mecz prawdy dla Warriors oraz być może milowy krok w stronę Finałów NBA dla Thunder. Zapowiada się w każdym razie bardzo emocjonujące widowiskowink.


22 Maj, 2016


Toronto Raptors 99:84 Cleveland Cavaliers

Pierwsza porażka w trakcie tegorocznego playoffu wykonaniu Cleveland Cavaliers stała się faktem. Tej nocy grający jak dotąd znakomitą koszykówke Cavs okazali się słabsi od dobrze dysponowanych graczy z Toronto i zasłużenie przegrali. Sam mecz od początku układał się pod dyktando gospodarzy, którzy do przerwy prowadzili 60:47 i mimo prób zmniejszenia prowadzenia przez przeciwników w trzeciej odsłonie meczu osiągnęli końcowy sukces w postaci pierwszego zwycięstwa nad Cleveland. Raptors wykorzystali słabszy rzutowo dzień rywali swoich rywali i zdominowli tablicę wygrywając zbiórki 54:40, co okazało się kluczem do sukcesu. Cavaliers mieli w tym meczu zaledwie 35,4% skuteczności z gry, a każdy z zawodników tzw."Wielkiej Trójki" zagrał na słabszym poziomie od tego, który prezentował w poprzednich kilku meczach. O ile jeszcze LeBron James jakoś sobie radził uzyskując 24 punkty (9/17 z gry), 8 zbiórek i 5 asyst, to już Kyrie Irving i Kevin Love zawiedli w tym meczu po całości. Irving trafił zaledwie 3 z 19 rzutów z gry (w tym 1/7 za trzy punkty), a Love dodał od siebie skuteczność 1/9 (1/4 zza łuku). Z taką grą swoich liderów Cavs nie mieli czego szukać przeciwko dobrze tym razem dysponowanym Kanadyjczykom, w barwach których na największe brawa zasłużył zdobywca 32 punktów DeMar DeRozan (12/24 z gry). Obudził sie też wreszcie z kilkumeczowego letargu Kyle Lowry uzyskując w tym spotkaniu 20 punktów, ale najjaśniejszą postacią obok DMDR był w ekipie z Toronto Bismack Biyombo. Zastępujący w pierwszej piątce kontuzjowanego Jonasa Valanciunasa center zaliczył podczas meczu numer trzy aż 26 zbiórek, co jest jego nowym rekordem w karierze i jednym z najlepszych występów "na deskach" w historii playoffs. Raptors będą teraz pewnie próbowali pójść za ciosem, choć tak słaby mecz w wykonaniu Cleveland może się już nie powtórzyć po raz drugi podczas tej serii. W każdym razie zrobiło się ciekawie także na Wschodnim Wybrzeżu i być może ta seria przyniesie nam jeszcze niespodziewanych, po pierwszych dwóch meczach dominacji Cleveland, emocji. 


20 Maj, 2016


Cleveland Cavaliers 108:89 Toronto Raptors

Będący jak do tej pory w fantastycznej formie podczas tegorocznych playoffs zespół z Cleveland pokonał po raz drugi we własnej hali Toronto Raptors i odnióśł tym samym dziesiąte zwycięstwo z rzędu w fazie postseason, wyrównując najlepsze tego typu osiągnięcia LA Lakers (1989, 2001) oraz San Antonio Spurs (2012), które również zaczynały playoff od stanu 10-0. Pierwsza kwarta była jeszcze wyrównana i goście z Kanady trzymali się dzielnie przegrywając ją zaledwie dwoma punktami (28:30). Na cztery minuty przed końcem pierwszej połowy spotkania na tablicy wyników widniał remis po 46. Wówczas nastapił jednak zryw ze strony gospodarzy, którzy ostatnią część tej kwarty wygrali 16:2 i schodzili na przerwę z czternastopunktowym zapasem. Po stronie Cavs całą grę napędzała jak zwykle ich "Wielka Trójka", a LeBron James już w okolicach połowy meczu flirtował z triple-double mając wówczas na koncie 17 punktów, 8 asyst i 7 zbiórek. Swój cel osiągnął na samym początku ostatniej kwarty, gdy najpierw zaliczył dziesiątą asystę przy punktach zdobytych przez Channinga Frye'a, a następnie po raz dziesiąty zebrał piłkę z tablic ustanawiając tym samym 43 w całej karierze, a 15 w fazie playoffs, triple-double. Już wówczas Cavs prowadzili dwudziestoma punktami (95:75) i trener Tyronn Lue mógł dać odpocząć pod koniec meczu swoim największym gwiazdom. Cleveland wygrali ostatecznie wysoko nie męcząc się praktycznie w tym spotkaniu, a King James zakończył zawody uzyskujac 23 punkty oraz po 11 zbiórek i asyst. Kyrie Irving dołożył od siebie 26 punktów, a Kevin Love dodał ich 19. Wśród gości najlepiej spisał się DeMar DeRozan zdobywca 22 punktów, a po raz drugi z rzędu słabe zawody zaliczył Kyle Lowry (10 pkt i 4/14 z gry, w tym 1/8 za trzy). Rozgrywajacy z Toronto po dwóch meczach ma na swoim koncie zaledwie 1/15 prób zza łuku i więcej start niż asyst (9:8). Raptors wyglądają ogólnie na przytłoczonych konfrontacją z rozpędzonymi Cavaliers i po dwóch meczach serii aż trudno sobie wyobrazić żeby mieli jeszcze szansę na nawiązanie walki z ekipą z Cleveland, którzy jeśli utrzymają taką formę do samego Finału NBA to mogą wystapić w nim w roli faworytów w konfrontacji z rywalami z Zachodniego Wybrzeża.


19 Maj, 2016


Golden State Warriors 118:91 Oklahoma City Thunder

Po porażce w spotkaniu otwierajacym serię dzisiaj Wojownicy nie mogli już sobie pozwolić na przegraną, która wyjątkowo skomplikowałaby ich drogę do obrony Mistrzowskiego Tytułu. Gospodarze pełni animuszu rozpoczęli mecz od trzech celnych rzutów zza łuku i objęli prowadzenie 9:5. Do połowy kwarty Thunder cały czas trzymali jednak kontakt i dopiero 9 punktów z rzędu rzuconych w ciągu nieco ponad minuty przez Stephena Curry'ego pozwoliło odskoczyć GSW na różnicę sześciu "oczek". Pierwsze 12 minut zakończyło się prowadzeniem Warriors 27:20, a na początku drugiej części meczu dobrze spisujący się w drużynie Wojowników zmiennicy powiększyli przewagę do dziewięciu punktów (35:26). Wówczas rozpoczął się okres świetnej gry Kevina Duranta, który w ciągu drugiej kwatry uzyskał 16 punktów. Tempa nie zwalniali też jednak gospodarze, a w ich szeregach bardzo udanie poczynał sobie zwłaszcza Andre Iguodala, który w końcówce kwarty zdobył 9 punktów i wyprowadził swój zespół na prowadzenie do przerwy 57:49. Podczas poprzedniego meczu druga połowa należała do gości i trener Steve Kerr pomny tamtych wydarzeń nastawił swoją drużynę na mocne wejście w kolejne 12 minut gry. Sprawy w swoje ręce postanowił wziąć Steph Curry i w ciągu nieałych dwóch minut zdobył 15 punktów z rzędu dla Mistrzów NBA, co pozwoliło im odskoczyć na dwadzieścia "oczek" różnicy (79:59). Ten fragment gry w zasadzie podłamał graczy Oklahomy, którzy nie zdołali odpowiedzieć w opdowiedni sposób tracąc coraz bardziej kontakt ze swoimi przeciwnikami. Po trzeciej kwarcie utrzymało się dwudziestopunktowe prowadzenie Warriors (88:68) i stało się jasne, że z tego spotkania wyjdą jako zwycięzcy. Kerr mógł więc oszczędzić swoją największą gwiazdę i Curry całą ostatnią kwartę spędził na ławce rezerwowych przyglądając się jak jego koledzy jeszcze bardziej powiększają przewagę nad rywalami. Ostatecznie skończyło się prawie trzydziestopunktowym zwycięstwem gospodarzy, w barwach których najwięcej punktów (28) rzucił grajacy przez niecałe 30 minut w tym spotkaniu Stephen Curry. Wśród pokonanych wyróżniającą się postacią był Kevin Durant (29 pkt), ale reszta jego kolegów wyjątkowo dzisiaj zawiodła. Golden State potrzebowali przekonującego zwycięstwa do podbudowania swoich morali przed trudną kampanią wyjazdową, która czeka ich w Oklahomie. Tam będą musieli przełamać parkiet rywali żeby znowu wrócić do stanu wyjścia, a że gracze Thunder na pewno mają inne plany to też szykują nam się wielkie emocje podczas kolejnych spotkań tej serii. 


18 Maj, 2016


Cleveland Cavaliers 115:84 Toronto Raptors

Starcie numer jeden Finałów Konferencji Wschodniej przyniosło spodziewane zwycięstwo wyżej rozstawionych Cavaliers nad zmęczonymi siedmiomeczowymi bataliami w poprzednich rundach Raptors. Na samym początku spotkania kibice w Quicken Loans Arena w Cleveland przecierali oczy ze zdumienia gdy po pierwszych dwóch minutach goście objęli prowadzenie 7:0. Gracze z Toronto dobrze radzili sobie do końca otwierającej mecz kwarty i dopiero trzy akcje Kyrie Irvinga w ostatniej minucie tej części gry dały gospodarzom prowadzenie 33:28. Druga kwarta zaczęła się od mocnego uderzenia rezerwowych graczy Cleveland, a swoje wejście smoka miał Matthew Dellavedova, który w ciagu minuty zdobył 6 punktów. Już w połowie tej kwarty Cavs zaliczyli run 16:2 i wyraźnie odskoczyli swoim rywalom, którzy nagle zaczęli seryjnie pudłować. Do przerwy przewaga Cleveland wzrosła do 22 punktów (66:44), a bardzo dobre zawody rozgrywali Kyrie Irving (18 pkt) i LeBron James (14 pkt 7/7 z gry). Już wówczas stało sie jasne, że losy tego spotkania są rozstrzygnięte, ale gospodarze wciąż nie spuszczali z tonu wygrywając trzecią kwartę 29:23 i powiększajac przewagę do 28 "oczek". Tak wysokie prowadzenie przed ostatnią odsłoną meczu mogło oznaczać tylko oszczędzanie najlepszych zawodników przed kolejnymi starciami i możliwość pokazania się dla graczy rezerwowych. Obaj trenerzy skorzystali z takiego rozwiązania, a czwarta kwarta padła łupem Cleveland, którzy zakończyli mecz ponad trzydziestopunktowym blowoutem. W szeregach gospodarzy bardzo dobre zawody rozegrali wspomniani wcześniej Kyrie Irving i LeBron James. Rozgrywający Cavs zdobył 27 punktów trafiając ze skutecznością z gry 11/17 oraz wykorzystując wszystkie 4 rzuty wolne. Irving dołozył także do tego 5 asyst oraz po 2 zbiórki, przechwyty i bloki. LBJ natomiast uzyskał 24 punkty (11/13 z gry), 6 zbiórek, 4 asysty, 2 przechwyty i potężny blok zaliczony na DeRozanie, który był najlepszym strzelcem wśród pokonanych (18 pkt). Tak więc Cleveland odnieśli dziewiąte z rzędu zwycięstwo w tegorocznych playoffs i wygląda na to, że dopiero w Wielkim Finale NBA spotkają godnego siebie rywala, bo mimo iż w Najlepszej Lidze Świata nigdy nie można przesądzac losów rywalizacji przed jej zakończeniem to jednak dominacja Cavs na Wschodnim Wybrzeżu jest w tym roku aż nadto widoczna. 


17 Maj, 2016


Nadchodząca noc przyniesie nam start Finałów Konferencji Wschodniej, a rywalizacja toczyć się będzie pomiędzy Cleveland Cavaliers i Toronto Raptors. Obie drużyny miały najlepszy bilans na Wschodzie w sezonie regularnym i ich obecność w Finałach nie może być zaskoczeniem. Jednak już droga obu ekip do decydujacego starcia była zgoła inna. Cavs zmietli swoich przeciwników (Detroit i Atlantę) nie przegrywając jak dotąd ani jednego meczu. Raptors natomiast w poprzednich rundach potrzebowali starcia numer siedem do zakwalifikowania się dalej. Zarówno w serii z Indianą Pacers jak i Miami Heat decydował mecz przed własna publicznością, który zespół z Kanady wytrzymywał zarówno fizycznie jak i psychicznie i zapewniał sobie awans we własnej hali dzięki wyższemu rozstawieniu. W parze z Cleveland to Cavs będą mieli przewagę parkietu i to na pewno jest duży handicap. Poza tym Cleveland podejdą do rywalizacji bardziej wypoczęci, gdyż zakończyli swoją batalię kilka dni wcześniej niż Raptors. "Wielka Trójka" Cavs (James,Irving, Love) też wydaje się być w optymalnej formie i powinna zdominować bardzo mocny backcourt Kanadyjczyków (Lowry, DeRozan). Dużym osłabieniem Raptors będzie brak kontuzjowanego Valanciunasa, choć jest szansa że mimo wszystko pojawi się podczas tej serii na parkiecie. DeMarre Carroll dobrze potrafi radzić sobie z LeBronem Jamesem i być może uprzykrzy życie gwiazdorowi Cavs, ale jednak więcej atutów mają właśnie gracze z Cleveland, którzy podczas playoffs znakomicie radzą sobie zza łuku dzięki czemu ich przewaga nad rywalami potrafi urosnąć w ciągu zaledwie chwili do kilkunastu punktów i sadzę, że tę serię zakończą wynikiem 4:1.
 


17 Maj, 2016


Golden State Warriors 102:108 Oklahoma City Thunder

Finały Konferencji Zachodniej rozpoczęły się od niespodzianki i przełamania parkietu już w pierwszym meczu przez Oklahomę City Thunder. OKC mocno podbudowani odprawieniem w poprzedniej rundzie faworyzowanych San Antonio Spurs wygrali swój czwarty z rzędu mecz w playoffs i dali jasno do zrozumienia, iż w tym sezonie interesuje ich wyłącznie jeden cel - Mistrzostwo NBA. Dzisiejsze spotkanie od początku było wyrównane i dopiero pod koniec pierwszej kwarty zarysowała się lekka przewaga Wojowników, którzy wygrali tę część meczu 27:21. Pierwsze 12 minut nie obfitowało jednak w wielkie fajerwerki, a duet Splash Brothers nie potrafił się wstrzelić zza linii 7,24. Początek drugiej kwarty to jak zwykle czas dla graczy rezerwowych i tę chwilę bardzo dobrze wykorzystali zmiennicy GSW, którzy dzięki udanym akcjom Iguadoli, Livingstona i Barbosy po dwóch minutach wyszli na prowadzenie 37:24. Wśród graczy Thunder dopiero powrót starterów doprowadził do zniwelowania strat do zaledwie czterech punktów (42:46), ale wówczas rozpoczął się koncert gry Klaya Thompsona, który w ciągu nieco ponad minuty zdobył 8 punktów z rzędu. W ostatniej minucie kwarty Stephen Curry dodał dwie celne "trójki", w tym jedną równo z końcowa syreną, dzięki czemu gospodarze schodzili na przerwę z trzynastopunktową zaliczką (60:47). Słabo w pierwszej połowie poczynał sobie Russell Westbrook, który miał na swoim koncie wówczas zaledwie 3 punkty trafiając zaledwie 1/10 z gry, lecz jak się okazało później druga część meczu należała właśnie do niego. W ciągu czterech minut trzeciej odsłony meczu zdobył on 15 punktów z rzędu dla Thunder, co pozwoliło zmniejszyć im straty do ośmiu "oczek" (73:81), gdyż w tym samym czasie ponownie punktowali Splash Brothers, a Stephen Curry zaliczał kolejne niesamowite rzuty zza łuku. W końcówce kwarty goście udanie wykonywali rzuty wolne (Adams, Westbrook) i na ostatnią część meczu wychodzili z zaledwie trzema punktami straty (85:88). Już na samym początku decydującej kwarty dzięki punktom Duranta i Waitersa OKC szybko odskoczyli na kilka punktów różnicy. Gospodarze w ciągu pięciu minut gry (pomiędzy 9 i 4 minutą kwarty) grając dość nerwowo zdobyli zaledwie 2 punkty, a przewaga Oklahomy wzrosła do ośmiu pkt (101:93). Dopiero "trójka" Curry'ego na cztery minuty przed końcem meczu obudziła trochę Wojowników, którzy zdobyli siedem punktów z rzędu i zmniejszyli prowadzenie gości do jednego "oczka". Wówczas jednak na wysokości zadania stanęli najpierw Adams wykonując celnie oba rzuty wolne, a następnie Durant trafiając ważny rzut na 30 sekund przed końcem zawodów, dzięki któremu Grzmoty wyszły na pięciopunktowe prowadzenie (105:100). Na 15 sekund przed końcem meczu miała miejsce kontrowersyjna sytuacja gdy Westbrook wydawało sie, iż zrobił kroki co ekspresyjnie pokazywał trener Steve Kerr. Sędziowie jednak nie gwizdnęli przewinienia graczowi Oklahomy, a resztę dopełnił właśnie Russ trafiając w samej końcówce rzuty wolne, na które nie znalazł odpowiedzi Curry myląc się dwukrotnie zza łuku. Najlepszym strzelcem spotkania został Russell Westbrook, który zdobył 27 punktów, z czego aż 24 w trakcie drugiej połowy meczu. Russ dołożył też do swojego strzeleckiego wyczynu 12 asyst, 6 zbiórek i aż 7 przechwytów. KD dodał od siebie 26 punktów, a Adams i Serge Ibaka uzbierali double-double (SA 16-12, SI 11-11). Wśród pokonanych najlepiej punktowali Splash Brothers (SC 26 pkt, KT 25 pkt), jednak zarówno jednemu jak i drugiemu w decydujacych momentach meczu drżała ręka przy rzutach. Curry do zdobyczy punktowej dodał rekordowe w karierze podczas playoffs 10 zbiórek. Zaliczył także 7 asyst i 3 przechwyty, ale również aż 7 strat. Goście z Oklahomy byli lepsi na tablicach (52:44) oraz popełnili mniej strat w meczu (11:14) . Spotkanie numer dwa zaplanowane jest na środę, a odbędzie się ponownie w Oracle Arena i tym razem Golden State Warriors nie mogą już sobie pozwolić na porażkę jeśli nie chcą na samym starcie wyjatkowo skomplikować sobie drogi do obrony Mistrzowskiego Tytułu.


16 Maj, 2016


Toronto Raptors 116:89 Miami Heat

Toronto Raptors jako ostatnia drużyna dołączyła do Finalistów obu Konferencji. Dzięki zwycięstwu w meczu numer siedem z Miami Heat Kanadyjczycy będą mogli zmierzyć się z Cleveland Cavaliers w walce o Finał NBA. Na tak wysokim etapie rozgrywek Raptors zameldowali się po raz pierwszy w historii klubu i trzeba przyznać, iż zasłużyli sobie na ten awans będąc w dzisiejszym spotkaniu lepszym zespołem pod każdym względem. Gospodarze wygrali wszystkie kwarty, a swoją dominację potwierdzili w ostatniej części meczu, podczas której rzucili rywalom 30 punktów tracąc zaledwie 11. Od samego początku meczu zarysowała się lekka przewaga Toronto, ale jak to miało miejsce podczas całej serii zawody były zacięte i jeszcze w połowie drugiej kwarty na prowadzeniu (37:36) zameldowali się gracze z Miami. Był to jednak początek ich końca, a do przerwy Raptory prowadziły już różnicą sześciu punktów (53:47). Trzecia kwarta to odskok gospodarzy na kilkanaście "oczek" i tylko dzięki udanej końcówce tej części gry i celnym "trójkom" Wade'a i Johnsona Heat mogli jeszcze mieć nadzieje na końcowy sukces. Z takich złudzeń odarł ich już na początku ostatniej kwarty Bismack Biyombo, który w samej drugiej połowie zebrał niewiele mniej piłek z tablic od całej drużyny z Miami i nawet niecelne próby Toronto były natychmiast poprawiane i zamieniane na kolejne punkty. Ostatecznie już po czterech minutach czwartej kwarty przewaga gospodarzy sięgnęła 20 punktów i w hali Air Canada Centre rozpoczęło się świętowanie sukcesu. Bardzo dobrze spisali się w całym meczu liderzy Toronto DeMar DeRozan i Kyle Lowry, którzy wspólnie zdobyli 63 punkty (KL 35, DMDR 28). Lowry dołożył do swojej zdobyczy punktowej także 9 asyst, 7 zbiórek i 4 przechwyty. Na słowa pochwały zasłużył też wspomniany Biyombo, który mimo słabej skuteczności z linii rzutów wolnych (5/12) zaliczył solidne double-double na poziomie 17-16. W ekipie z Florydy trudno kogokolwiek wyróżnić. Cała pierwsza piątka zdobyła dwucyfrową liczbę punktów, ale w drużynie zabrakło lidera, który pociągnął by zespół w ciężkich chwilach. Dwyane Wade był w tym meczu schowany za podwójną gardą i niezbyt skory do brania odpowiedzialności na swoje barki. Trzeba też przyznać, że był bardzo dobrze kryty przez graczy z Toronto, a szczególnie uprzykrzał mu grę DeMarre Carroll. Heat przegrali przede wszystkim z kretesem na tablicach, gdzie Raptors uzyskali aż o 20 zbiórek więcej (50:30). Tak więc historyczny Finał Konferencji dla Toronto i w nagrodę za dobrą postawę czeka ich starcie z Cleveland Cavaliers. Faworytami będą oczywiście Cavs, ale Raptors osiągnęli w tym sezonie i tak wynik powyżej oczekiwań i teraz już nic nie muszą udowadniać, a mogą sprawić ewentualnie wielką sensację, choć na to raczej bym nie liczył. 


15 Maj, 2016


W nocy z poniedziałku na wtorek rozpoczynają się Finały Konferencji Zachodniej, w których zmierzą się obrońcy Tytułu Golden State Warriors i Oklahoma City Thunder. Czy tę parę można uznać za niespodziewaną? I tak i nie. Wojownicy byli w swoim półfinale oczywiście faworytami starcia z Portland Trail Blazers i odprawili ekipę z Oregonu zgodnie z przewidywaniami 4:1. Jednak jakby się bliżej przyjrzeć tej serii to praktycznie w każdym spotkaniu Blazersi narzucali swoim rywalom bardzo trudne warunki i spokojnie mogli wygrać choćby jeden mecz więcej. W drugim półfinale polegli przedmeczowi faworyci San Antonio Spurs, którzy jako druga drużyna w historii NBA (po Dallas Mavericks z sezonu 2006/07) nie awansowała choćby do Finałów Konferencji uzyskując w sezonie regularnym aż 67 zwycięstw. Na pewno można to uznać za niespodziankę, ale słowo sensacja nie wchodzi juz w tym przypadku w grę. Pokonała ich bowiem trzecia siła na Zachodzie, drużyna nieobliczalna, będąca w stanie przy dobrej formie swoich gwiazd nawiązać walkę z każdą ekipą w lidze. Mowa oczywiście o Oklahomie i jej fantastycznym duecie Kevin Durant-Russell Westbrook. Obaj, po nieudanym meczu otwarcia, wznieśli sie na wyżyny swoich umiejętności i poprowadzili OKC do Fianłów Konferencji. Cała drużyna dodała od siebie bardzo mocną defensywę, co jak do tej pory bywało piętą Achillesową Grzmotów i przy odpowiednim podejściu każdego zawodnika i dobrym pociągnięciom taktycznym debiutującego w tym sezonie w roli trenera Billy'ego Donovana Thunder osiągnęli swój cel i mam wrażenie, iż nie jest to ich ostatnie słowo w tym sezonie.

Czego możemy sie spodziewać po serii finałowej na Zachodzie? Na pewno spotykają się dwie najbardziej widowiskowo grajace drużyny w NBA i nie powinno zabraknąć wymiany ciosów w ofensywie. Oba zespoły dysponowały w sezonie regularnym najlepszym atakiem zdobywając średnio w jednym meczu 114,9 pkt (GSW) i 110,2 (OKC). Jeśli będziemy świadkami podobnych wydarzeń jakie oba zespoły zafundowały nam 27 lutego podczas ich starcia w Oklahomie to jestem spokojny o niebotyczny poziom tej serii. Tamto spotkanie, wygrane po dogrywce przez GSW, było w mojej opini najlepszym meczem sezonu regularnego, a pojedynek punktowy Curry'ego z Durantem oraz decydujący rzut Stefka prawie z połowy boiska przeszedł już do historii. Na ile Curry będzie sprawny po przerwie spowodowanej kontuzją kolana zdążył już wyjaśnić w pierwszym meczu po powrocie rzucając Blazersom 40 punktów. W dobrej formie wydają się być także Klay Thompson (33 punkty w ciągu zaledwie trzech kwart meczu numer 5 z PTB) oraz Draymond Green, który w całej serii przeciwko Blazersom spisywał się bardzo dobrze. Green co prawda podkręcił lekko kostke w ostatnim starciu z Portland, ale na mecz numer jeden przeciwko OKC ma być gotowy w 100%. Co do Oklahomy to jeśli zagrają z taką determinacją i walecznością jak podczas trzech ostatnich starć z San Antonio to może być naprawdę ciekawie. Wiadomo, że Wojownicy mają inny styl gry i przeciwko nim trzeba się skupić na ograniczaniu poczynań backcourtu, gdzie akurat SAS grali bardziej przez swój frontcourt. Bardzo dobrze wygląda współpraca obu liderów Thunder, a Westbrook zdążył już zaliczyć 38 asyst tylko do Duranta podczas tegorocznego playoffu. Tak więc rozkładając obie drużyny na formacje uważam, że obwód w osobach Curry'ego i Thompsona na plus dla Wojowników (zresztą tu żadna drużyna NBA nie ma moim zdaniem startu do GSW). Skrzydła na lekki plus dla Oklahomy ze względu na osobę Kevina Duranta, ale pojedynki Greena z Ibaka też mogą być bardzo ciekawe. I wreszcie środek, który według mnie się równoważy, a Adams i Bogut to dwójka zabijaków z Antypodów, którzy nie będą sobie na pewno oszczędzali kuksańców. Tu jednak różnicę będzie robił rezerwowy center OKC Enes Kanter, który potrafi przy dobrym dniu zaliczyć double-double na poziomie 20-10, choć ławkę rezerwowych jako całość umieściłbym po stronie pozytywów Warriors. W sezonie regularnym trzykrotnie zwyciężali Wojownicy, ale przynajmniej dwa pierwsze mecze Oklahoma mogła i nawet powinna wygrać. Obaj liderzy w tych trzech meczach punktowali na najwyższym poziomie, a ich średnie z tych gier są do siebie zbliżone (Curry 35,0, Durant 36,3). Tak więc zapowiada nam sie kawał dobrej koszykówki, a ja mam nadzieję na co najmniej 6 meczów w wykonaniu obu drużyn. A kto awansuje? Logika podpowiada, że Golden State, ale tak samo było w przypadku serii Oklahomy z San Antonio gdzie to Ostrogi miały sobie poradzić, a skończyło się odesłaniem ich do domu przez Grzmoty. Im bliżej końca rozgrywek tym większy apetyt na Mistrzowskie Pierścienie dla Duranta, Westbrooka i spółki stąd nie podejmuje się typować zwycięzcy tej pary. Niech wygra lepszy!!! 


14 Maj, 2016


Już 17 maja czekają nas i przede wszystkim przedstawicieli wszystkich zespołów NBA emocje związane z losowaniem draftowej loterii. Draft, magiczne słowo oznaczające wielką szansę na awans danej drużyny w hierarchii Najlepszej Ligi Świata. Niczym w amerykańskim śnie od zera do milionera, dzień draftu może stać się trampoliną wybijającą drużynę aż na sam szczyt NBA, ale może też okazać się wielką klapą i traumą na lata. Wszystko zależy oczywiście od szczęścia w losowaniu jak i od umiejętności Generalnych Menadżerów, którzy w porozumieniu z właścicielem oraz sztabem szkoleniowym wybierają tego zawodnika, który najbardziej pasuje ich zdaniem do danej drużyny. Wydawałoby się, że podstawą jest szczęście w losowaniu. Teoretycznie największe szanse w wylosowaniu jedynki ma najsłabszy zespół w poprzednim sezonie. Ma to być dla niego niejako zadośćuczynienie i szansa na wyrównanie szans w rywalizacji podczas następnych rozgrywek poprzez możliwość zakontraktowania najbardziej utalentowanego i perspektywicznego zawodnika. Takie rozwiązanie wydaje się sprawiedliwe i daje szanse słabszej ekipie na nawiązanie wyrównanej rywalizacji w kolejnych sezonach. Problem pojawia się w momencie gdy w pewnej części sezonu drużyna, bądź kilka drużyn dochodzi do wniosku, że dane rozgrywki należy już spisać na straty bo playoff zbytnio się oddalił i zaczyna się tzw. tankowanie (specjalne przegrywanie). Jest to na pewno sprzeczne z zasadami obowiązującymi w sporcie, ale takie teamy wychodzą często z założenia, że skoro nadarza się okazja na to by pomóc szczęściu w losowaniu, a sezon i tak już spisany na straty to dlaczego nie spróbować. Ta praktyka jest niestety coraz częściej stosowana w zawodowym sporcie i jak dotąd nie wymyślono przeciwko niej skutecznej broni. Ostatnie miejsce w lidze i największa procentowo szansa w losowaniu nie oznacza jeszcze tej jedynki. Zdarza się, iż taka drużyna mając pecha nie jest w stanie wybierać nawet spośród pierwszej trójki. Zdarzały się też przypadki, gdzie nagrodzona została waleczność w poprzednich rozgrywkach. W sezonie 1992/93 Orlando Magic mając w swoim składzie wybranego z numerem 1 Shaqa walczyli do ostatniego meczu o playoff zajmując ostatecznie 9 miejsce, czyli najwyższe spośród wyeliminowanych drużyn. Oznaczało to najmniejszą szansę na draftową jedynkę, jakieś 1,5 %. To tak jakby spośród prawie stu białych kulek wyciągnąć z zamkniętymi oczami za pierwszym razem tą jedną czarną. Ale los wybitnie uśmiechnął się do drużyny z Florydy i ku ogromnemu zaskoczeniu generalnego menadżera Orlando Pata Williamsa wylosował on drugi raz z rzędu pierwszy numer draftu. W ten sposób Orlando z ligowego outsajdera w ciągu 3 lat doszło do finału NBA.

Nie zawsze wylosowanie jedynki przekłada się na wyciągnięcie największej gwiazdy. Mieliśmy w histotii wiele przypadków, gdy przyszłe gwiazdy ligi wybierane były z dwucyfrowym numerem jak choćby John Stockton, Karl Malone, czy Kobe Bryant. Michael Jordan też nie był draftową jedynką, ale rocznik 84 był jednym z najmocniejszych draftów w historii: Olajuwon, Jordan, Barkley, Stockton. Z numerem jeden został wówczas wybrany Hakkem i to nie dziwi, bo wysocy zawodnicy, a do tego są dobrze wyszkoleni technicznie zawsze są w NBA w cenie. Wybierający z dwójką Portland postawili również na wysokiego Sama Bowie, który jawił się jako dobre uzupełnienie drużyny. Przypomnijmy, że rok wcześniej do ekipy z Oregonu dołączył w drafcie rzucający obrońca Clyde Drexler i włodarze Blazersów szukali tym razem wysokiego zawodnika. Koniec końców postawili na Bowiego kosztem Jordana, a co ta decyzja oznaczała mieliśmy się przekonać przez następne kilkanaście sezonów podczas których MJ stał się najlepszym koszykarzem świata i ikoną sportu, a Sam Bowie trapiony kolejnymi kontuzjami stał się zapamiętany tylko i wyłącznie poprzez pryzmat draftu 84. Takie wyciągnięcie w dalszej kolejności dobrego zawodnika określane jest mianem przechwytu, a mistrzami na tym polu okazali się Utah Jazz kompletując swój niezapomniany duet Stockton - Malone z odpowiednio 16 i 13 numerem draftu.
Są też takie drafty, gdzie już na długo przed losowaniem wiadomo kto będzie numerem jeden jak choćby LeBron James w 2003, Patrick Ewing w 1985 czy David Robinson w 1987. Tu trzeba się tylko modlić o wylosowanie jedynki i już się ma gotowego franchise playera, który dobrze poprowadzony jest w stanie doprowadzić swoją drużynę do mistrzowskich pierścieni. Są też drafty, w których nie ma ewidentnej jedynki na horyzoncie i trzeba odpowiednio pogłówkować aby wychwycić perełkę. Zdarzają się też jedynki na wspomnienie których GM dostają palpitacji serca, a w najlepszym przypadku bólów głowy. Jako przykłady mogą posłużyć Kwame Brown i Anthony Bennet. Pierwszy z nich obiecał w 2001 roku Michaelowi Jordanowi, że jeśli go wybierze to nie pożałuje i słowa nie dotrzymał. Drugi miał być wielką gwiazdą ligi, a obecnie jego nazwisko nawet fanom NBA niewiele mówi. Trzeba jednak przyznać obiektywnie, że nie każdy draft jest tak mocno naszpikowany koszykarskimi talentami aby wybór mógł być jednoznaczny. Na tym właśnie polega jednak rola GM-ów, by nawet wśród przeciętniaków wychwycić gracza, który w przyszłości jeśli nie stanie się gwiazdą to wniesie widoczny wkład w grę swojej drużyny.
W Drafcie, jak w życiu trzeba mieć sporo szczęścia, a przynajmniej trzeba temu szczęściu dopomóc na tyle na ile się da. Najpierw losowanie, potem wybór, a następnie żmudna praca z zawodnikiem w kontekście zarówno fizycznym jak i psychicznym. Sporo tego wszystkiego, ale może dlatego Draft jest tak ważnym i ekscytującym wydarzeniem w kalendarzu NBA. Jednak najpierw nadchodzi dzień losowania numerów, a taki właśnie będzie miał miejsce już 17 maja i znowu któraś drużyna okaże się szczęśliwcem, a kolejna będzie ubolewała nad swoim losem. Jak zwykle w takiej sytuacji największe szanse mają ci, którzy zajęli na koniec sezonu regularnego ostanie miejsca. W poprzednich latach niektóre zespoły przy okazji transferów oddawały swoje prawa do draftu w 2016 roku i dzięki takiej sytuacji kilka ekip może teoretycznie liczyć na wysoki numer podczas tegorocznego draftu. Poniżej przedstawiam zależności pomiędzy drużynami, w wyniku których niektóre zespoły moga być bardziej uprzywilejowane podczas tegorocznego draftu i moim zdaniem mogą mieć największe przełożenie na końcowe losowanie i późniejsze wybory drużyn:

- Jeśli wybór LA Lakers będzie poniżej 3 numeru to powędruje do Philadelphii 76ers jako rozliczenie pomiędzy trzema drużynami (LAL, 76ers i Phoenix Suns) za transfer z udziałem Steve Nasha, a w późniejszych latach m.in. Brandona Knighta i Michaela Cartera-Williamsa.
- Boston Celtics przejmują wybór Brooklyn Nets za wymianę z 2013 roku z udziałem m.in. Kevina Garnetta, Paula Pierce'a i Jasona Terry'ego. To może być dość wysoki numer ze wzgledu na procentowe szanse Nets, którzy zajęli trzecie miejsce od końca, co dałoby duże możliwości w kolejnych rozgrywkach i tak mocnej drużynie jaką są obecnie Celtowie.
- Denver Nuggets mogą wymienić swój wybór z New York Knicks jeszcze z czasów umowy pomiędzy obydwoma zespołami z 2011 roku, kiedy to do NYK przeniósł się Carmelo Anthony.
Tak więc możliwości wymian będzie sporo i wszystko będzie uzależnione od umiejetności negocjacji i przyszłościowego myślenia GM-ów. Na koniec spróbuję się w skrócie przyjrzeć przyszłym zawodnikom NBA, którzy maja największe szanse na pierwsza trójkę tegorocznego Draftu. Oto oni:

Ben Simmons - przewidywalny numer jeden tegorocznego draftu. Ten 19-sto letni Austalijczyk mając za sobą debiutancki sezon w barwach LSU zdecydował się, po zaledwie jednym roku spędzonym na uczelni, na akces do NBA. Wszystko wskazuje na to, iż będzie niekwestionowanym kandydatem do numeru jeden, gdyż jest prawie gotowy do podjecia wyzwania w Najlepszej Lidze Świata. Świetnie zbudowany (206 cm, 109 kg) zawodnik jest już teraz porównywany do LeBrona Jamesa. Może grać zarówno na pozycji small forward jak i power forward. Jest to wszechstronny gracz posiadajacy przy swoim wzroście i wadze umiejetności i przeglad gry typowy dla niskich zawodników, a potrafi radzić sobie zarówno na półdystansie jak i w pomalowanym, gdzie świetnie sobie sprawdza się zwłaszcza podczas walki na tablicach. Ma wyjatkowo wysokie koszykarskie IQ. Według scoutów do poprawy jest u niego rzut z wyskoku, ale poza tym ma wszelkie inklinacje do zostania w przyszłości gwiazdą ligi. Wydaje sie, iż wszechstronnością dorównuje numerowi 1 zeszłorocznego draftu Karlowi-Anthony'emu Townsowi i z miejsca powinien stać sie głównym kandydatem do nagrody dla najlepszego debiutanta sezonu tak jak KAT.

Brandon Ingram - młodszy o kilka miesięcy od Simmonsa freshman z Duke również postanowił dołączyć po pierwszym roku spędzonym na uczelni do rozgrywek NBA. Wzrost ten sam co u Simmonsa ale na tym kończą sie porównania obu graczy. Ingram waży zaledwie 88 kg i jest typowym small forwardem, którego zasięg ramion wynosi 220 cm, co powoduje iż fruwa nad obręczami bez żadnych zahamowań. Swój wzrost i zasięg ramion potrafi odpowiednio używać do oddawania bardzo trudnych do zablokowania przez swoich rywali rzutów. Rzut z dystansu należy do jego atutów, tak jak i szybkość na boisku. Jest porównywany do młodego Kevina Duranta i jeśli miałby pójść jego drogą to zespół. który wybierze go podczas draftu wygra los na loterii. Na pewno będzie musiał nabrać bardziej atletycznej sylwetki by nie zostać stłamszonym przez zawodników w NBA ale nad tym da się popracować. Ingram to na pewno materiał na przyszłą gwiazdę ligi.

Dragan Bender - grający w tym sezonie dla Maccabi Tel Aviv Chorwat jest przymierzany do pierwszej trójki draftowej loterii. Przy wzroście 216 cm jest bardzo uniwersalnym graczem mogącym grać na pozycjach od 3-5. Jest porównywany do Kristapsa Porzingisa, który w swoim debiutanckim sezonie w NBA zrobił bardzo dobre wrażenie. Dużym plusem Bendera jest wszechstronność i duża mobilność przy tak wysokim wzroście. Potrafi seryjnie punktować zza łuku, co obecnie jest w NBA w cenie. Jeśli chce sie odnaleźć w Najlepszej Lidze Świata to na pewno musi popracować nad bardziej atletyczną sylwetką żeby nie odbijać się non stop od rywali.

Jamal Murray - kolejny freshman tym razem z Kentucky. Z pochodzenia Kanadyjczyk grajacy na pozycji rzucajacego obrońcy. Przy wzroście 193 cm jest szybki i ma dobrze ułożony rzut. Może być istną maszynką do zdobywania punktów. Jego dobra ofensywa jest jednocześnie jedyną rzecza interesująca go na parkiecie. Nie przykłada sie zbytnio do zadań obronnych i jesli będzie chciał zaistnieć w NBA to musi zmienić nieco swoje nastawienie i skupić się także na zadaniach defensywnych. Dla drużyny mającej problemy ze zdobywaniem punktów to bardzo ciekawa opcja.

Buddy Hield - pochodzący z Bahamów 22 letni zawodnik uczelni z Oklahomy przystepuje do draftu po przejściu wszystkich szczebli uczelnianej kariery. Majacy 193 cm wzrostu rzucajacy obrońca jest typem zawodnika lubiącego być cały czas przy piłce i oddawać decydujące rzuty w sporej ilości. Umiejetności rzutowe ma na pewno spore, ale wybór odpowiednich rozwiazań na parkiecie pozostawia wiele do życzenia. Umiejętnie poprowadzony może być wybijającą się postacią wśród pierwszoroczniaków i kto wie czy nie przyszłą gwiazda ligi.

Nie oznacza to, że wśród pozostałych zawodników nie ma ogromnych talentów i potencjalnych przyszłych gwiazd NBA. Do 23 czerwca będą oni pod ścisłym okiem przedstawicieli klubów, a ja po kolei będę dodawał sylwetki tych bardziej wyróżniających się graczy w zakładce Draft 2016 w pasku bocznym.


14 Maj, 2016


Miami Heat 103:91 Toronto Raptors

Mecz ostatniej szansy dla Heat okazał się być udany w ich wykonaniu i dzięki temu pozostali oni w grze o Finał Konferencji Wschodniej. Na starcie numer sześć z Toronto trener Erik Spoelstra, z powodu kontuzji Hassana Whiteside'a, wystawił wyjatkowo niską pierwszą piątkę, w której najwyższym zawodnikiem był mierzący 206 cm Loul Deng, a na pozycji środkowego zagrał pierwszoroczniak Justice Winslow (201 cm). Zbyt wolny rezerwowy center Amare Stoudemire pozostał na ławce rezerwowych, a średnia wzrostu starterów nie przekraczała 200 cm. Ten manewr okazał się jednak skuteczny, a ekipa z Miami głównie dzięki świetnej postawie swojego backcourtu osiągnęła końcowy sukces. Od początku zawodów mieliśmy do czynienia z wymianą ciosów, a prowadzenie zmieniało się dosłowinie akcja po akcji i po pierwszej kwarcie gospodarze wygrywali 21:20. Początek drugiej odsłony meczu to odskok Żarów na różnice kilku "oczek" sumiennie powiększany w miare możliwości głównie dzięki świetnej postawie Gorana Dragica, który już do przerwy miał na swoim koncie 19 punktów, a jego zespół dziewięciopunktową zaliczkę (53:44). W drugiej połowie meczu pomimo usilnych starań zwłaszcza Kyle'a Lowry'ego, który praktycznie w pojedynkę punktował zwłaszcza w ostatniej kwarcie (na 19 punktów zdobytych przez Raptors aż 15 padło łupem ich rozgrywającego), nie udało się ekipie z Kanady odwrócić losów spotkania i Miami doprowadzili do remisu w całej serii. Swój rekord punktowy podczas fazy postseason ustanowił w tym meczu Goran Dragic, który zdobył ostatecznie 30 "oczek" trafiając 12 z 21 rzutów z gry (w tym 2/5 zza łuku) oraz dodając do tego 4/4 z linii rztów wolnych. Dwyane Wade zakończył spotkanie z 22 punktami na koncie oraz dodał do nich 6 zbiórek, 5 asyst, 3 bloki i 2 przechwyty. Wśród pokonanych punktował głównie duet Kyle Lowry-DeMarDeRozan, który wspólnie uzyskał 59 pkt. (KL 36, DMDR 23), co stanowiło 2/3 zdobyczy całej drużyny z Toronto. DeRozan, świetnie pilnowany przez Wade'a, nie rzucił jedank ani jednego punktu w trakcie trwania decydujacych 12 minut i być może właśnie jego punktów zabrakło gościom do zwycięstwa w tym spotkaniu. Podczas tego meczu D-Wade przeskoczył Hakeema Olajuwona na liście najlepszych strzelców fazy playoff i zajmuje obecnie 12 miejsce w tym szacownym gronie. Teraz pora na mecz numer siedem, który odbędzie się w niedziele w Toronto. Raptors staną przed szansą pierwszego w historii awansu do Finałów Konferencji, ale Heat nie przegrali decydujacego spotkania w fazie playoffs od 2009 roku i zapewne będą sie starali podtrzymać tę tradycję. W każdym razie szykuje nam się na pewno zacięte i ciekawe starcie tych obu wyrównanych drużyn. 


13 Maj, 2016


Oklahoma City Thunder 113:99 San Antonio Spurs

Mecz ostatniej szansy dla Spurs miał pokazać ich siłę polegającą na doświadczeniu, żelaznej obronie, odpowiedniej taktyce i wreszcie zespołowej grze popartej indywidualnościami mogącymi odwrócić przebieg wydarzeń na parkiecie. Nie pokazał jednak praktycznie żadnej z tych rzeczy i jedni z głównych faworytów do Tytułu żegnają się z tegorocznmi rozgrywkami już na etapie półfinałów Konferencji. SAS przespali większą część spotkania i pobudka w czwartej kwarcie, przy pewnym odpuszczeniu przez wysoko prowadzących Thunder, nie mogła już zmienić losów tej serii. Oklahoma natomiast do swoich ogólnie znanych atutów polegajacych na niesamowitej sile gry w ofensywie dodała konsekwentną obronę oraz ogromną ambicje i dzięki temu wszystkiemu to właśnie oni wciąż pozostaja w grze o Mistrzowskie Pierścienie. Początek dzisiejszego spotkania nie zapowiadał aż takiej katastrofy w wykonaniu Spurs i gdy na cztery minuty przed końcem pierwszej kwarty prowadzili oni 19:13 wydawało się, że będziemy świadkami zaciętego i trzymającego w napięciu do samego końca meczu. Od tego jednak momentu gracze z Oklahomy uszczelnili swoją obronę i włączyli szósty bieg w ataku, na co SAS kompletnie nie potrafili odpowiedzieć. Przez nastepne pięć minut w ogóle nie umieli zdobyć punktów, z czego skorzystali OKC odskakując przeciwnikom na osiem "oczek" (27:19). Cała druga kwarta to wyjatkowo słaba gra gości z Teksasu, którzy przegrali te 12 minut aż 12:30 i do przerwy wynik na tablicy brzmiał 55:31, co praktycznie oznaczało koniec emocji w tym meczu. Spurs trafili do przerwy zaledwie 14 z 43 rzutów z gry, co dawało im 32,5% skuteczności, podczas gdy gospodarze bez problemów radzili sobie z najlepszą w sezonie regularnym obroną ligi grając ze skutecznością ponad 50%. Bardzo dobrze spisywał się Kevin Durant, który do przerwy miał na swoim koncie 18 punktów, a swoim celnym rzutem zza łuku na dwie sekundy przed końcem drugiej kwarty praktycznie dobił psychicznie rywali. Trzecia odsłona meczu to nieco lepsza gra San Antonio, ale w dalszym ciągu nie potrafili oni powstrzymać gospodarzy przed rzucaniem kolejnych punktów stąd też ta kwarta zakończyła się wysokim wynikiem 36:34 dla OKC. Ostatnie 12 minut to nagły zryw Spurs, którzy zaczeli bronić tak jak potrafią i trafiać wreszcie zza linii 7,24. Na parkiecie szalał weteran Tim Duncan, który tylko w tym meczu rzucił prawie tyle samo punktów co w pięciu poprzednich. To jednak blok ze strony Ibaki na Duncanie przy stanie 99:88 na trzy minuty przed zakończeniem meczu ostatecznie podciął skrzydła gościom ,a punkty zdobyte po kontrze przez Duranta przesadziły o losach awansu. Do końca trwało już świętowanie przez miejsowych kibiców i owacja na stojaco dla zwycięzców. W barwach OKC świetne zawody rozegrał ponownie Kevin Durant, który zdobył 37 punktów trafiając z 50-cio procentową skutecznościa z gry (12/24) oraz wykorzystujac wszystkie 12 osobistych. Russell Westbrook dodał od siebie 28 punktów i 12 asyst, a Steven Adams zaliczył double-double na poziomie 15-11. Wśród pokonanych Kawhi Leonard uzyskał 22 punkty, 9 zbiórek, 5 asyst i 3 przechwyty. Lamarcus Aldridge uzbierał double-double rzucajac 18 punktów i zbierajac 14 piłek z tablic, a Tim Duncan zakończył mecz z 19 punktami na koncie. To jednak był łabędzi śpiew ekipy z San Antonio, która będąc faworytem tej serii odpadła zasłużenie nie mogąc znaleźć sposobu na swoich rywali i będąc po prostu słabszym zespołem na przestrzeni sześciu meczów. Gratulacje dla Oklahomy i teraz czeka ich w nagrode starcie z obrońcami Mistrzowskiego Tytułu Golden State Warriors, a nas miejmy nadzieję wspaniała i ofensywna koszykówka oraz wielkie emocje. 


12 Maj, 2016


Toronto Raptors 99:91 Miami Heat

Każde z dotychczasowych czterech starć obu zespołów było bardzo wyrównane, a aż trzy z nich kończyły się po dogrywkach. Dzisiejszy mecz miał jednak zupełnie inny przebieg, choć nie można powiedzieć że zabrakło w nim emocji. Gospodarze od samego początku osiągnęli wyraźną przewagę i już w połowie pierwszej kwarty prowadzili 17:4, a zakończyli tę część gry z dziesięciopunktową zaliczką (28:18). Druga odsłona meczu to coraz wyraźniejsza przewaga Raptorów, która w kulminacyjnym momencie wynosiła aż 20 punktów (55:35) i wydawało się, że goście z Miami tym razem już pogodzili się z porażką i szykują siły na starcie numer 6. Takie myślenie było jednak błędne, gdyż od tego momentu aż do przerwy Toronto nie zdobyło ani jednego punktu, a Żary złapały wiatr w żagle i dziesięcioma kolejno uzyskanymi "oczkami" zmniejszyły swój deficyt. Niemoc Raptors przełamał w końcu po ponad dwóch minutach trzeciej kwarty DeRozan i rozpoczęła się wymiana ciosów, podczas której wynik oscylował cały czas wokół dziesięciu punktów na korzyść gospodarzy, wśród których bardzo dobre zawody rozgrywał DeRozan. Poważny sygnał do zmniejszenia strat dał już na początku ostatniej części spotkania Josh Richardson trafiając w ciągu pół minuty dwie "trójki" i zmniejszając przewagę Toronto do siedmiu punktów (84:77). W szeregach Raptors widać było coraz większe zdenerwowanie faktem, iż pewne wydawałoby się zwycięstwo zaczyna wymykać im z rąk, a po udanych akcjach Joe Johnsona i Dwyane Wade'a gospodarze prowadzili zaledwie jednym punktem (88:87) na niecałe dwie minuty przed zakończeniem meczu. Ekipa z Toronto opanowała jednak nerwy, a grę na siebie wziął Kyle Lowry, który najpierw trafił za trzy punkty a następnie udaną akcją dołożył kolejne dwa "oczka". Heat znaleźli sie w sytuacji, w której byli zmuszeni do faulowania rywali, ale ci dzięki pewnej ręce DeRozana nie pomylili sie ani razu z linii rzutów wolnych dzięki czemu odnieśli końcowy triumf. DeRozan został najlepszym strzelcem spotkania z 34 punktami na swoim koncie i 50-cio procentową skutecznością z gry (11/22). Nie pomylił sie też ani razu podczas wykonywania osobistych (11/11), a także dodał pierwsze celne podejście zza łuku w tej serii, co czyni wyjątkowo rzadko jak na rzucajacego obrońcę. Kyle Lowry dołożył od siebie 25 punktów, 10 zbiórek i 6 asyst. Wśród pokonanych najlepiej spisał sie Dwyane Wade, który uzyskał 20 punktów, 7 zbiórek oraz 4 asysty. Następne spotkanie odbędzie się na Florydzie i Heat nie mogą sobie już w tej serii pozwolić na porażkę jeśli chcą dalej marzyć o udziale w Finale Konferencji Wschodniej.


Golden State Warriors 125:121 Portland Trail Blazers

Przed rozpoczęciem spotkania statuetkę dla Najlepszego Zawodnika Sezonu (MVP) odebrał przy owacji publiczności w Oracle Arena Stephen Curry. Sam mecz lepiej rozpoczęli goście, którzy od początku nękali Wojowników rzutami za trzy punkty, a tych w ciągu pierwszych czterech minut udało im się trafić aż pięć. W drużynie Wojowników szybko dwa faule złapał Klay Thompson i musiał się w związku z tym udać na ławkę rezerwowych aby troche ochłonąć. Pierwsza kwarta zakończyła się prowadzeniem Blazersów 30:27, a ich lider Damian Lillard zdobył w niej 12 punktów. Druga odsłona meczu to wyrównana walka z obu stron, a swój powrót na parkiet mocno zaznaczył Thompson, który zaczął trafiać zza łuku i do przerwy miał na swoim koncie 17 punktów. Goście jednak odpowiadali udanymi akcjami i na przerwę schodzili prowadząc 63:58. Trzecia kwarta znów obfitowała w wymiane ciosów, a po celnym rzucie zza łuku Curry'ego na siedem minut przed jej końcem Golden State wyszli w końcu na prowadzenie 75:73. To jednak nie podłamało gości, którzy po serii celnych "trójek" Crabbe i Aminu ponownie odskoczyli na parę punktów. Straty szybko jednak niwelował fantastycznie usposobiony rzutowo Klay Thompson, który po zakończeniu tej kwarty miał na swoim koncie już wówczas 33 punkty trafiając 13 z 17 rzutów z gry, w tym 6/9 zza linii 7,24. Ostatecznie ta część gry zakończyła się wynikiem 35:28 dla GSW, którzy prowadzili w meczu 95:91. Ostatnią część spotkania lepiej zaczęli Blazersi i szybko odzyskali prowadzenie (96:95), ale po chwili rezerwowi Barbosa i Speights celnymi rzutami dali swojej drużynie ponownie czteropunktową zaliczkę (102:98). To był moment, w którym trener Terry Stotts rzucił na szalę wszystko co najlepsze, a na parkiet wrócił Damian Lillard. To jednak nie on lecz C.J. McCollum wziął na siebie ciężar odpowiedzialności za wynik Blazersów. Poskutkowało to zmniejszeniem przewagi GSW do zaledwie jednego punktu (110:109), ale chwilę później dwie "trójki" Iguodali i Curry'ego spowodowały kolejny odskok Wojowników. O ich końcowym triumfie zadecydował celny rzut zza łuku MVP sezonu na 25 sekund przed końcem meczu i jego celne osobiste przy przymusowych faulach, próbujących jeszcze gonić wynik, gości. Oba backcourty zagrały na bardzo wysokim poziomie zdobywając: 62 punkty GSW (Thompson 33, Curry 29) i 55 "oczek" PTB (Lillard 28, McCollum 27). Ostatecznie po zaciętym spotkaniu zwyciężyli Mistrzowie NBA, którzy teraz będą czekali na swojego rywala (Oklahoma, bądź San Antonio) w Finale Konferencji Zachodniej. Dla Portland jednak wielkie brawa za walkę w każdym z pięciu meczów tej serii i ogólnie za świetny szeon w ich wykonaniu. 


11 Maj, 2016


San Antonio Spurs 91:95 Oklahoma City Thunder

Oklahoma jako pierwsza z drużyn w tej serii wygrała drugi mecz z rzędu, przełamując parkiet w San Antonio i będąc w tym momencie o krok od awansu do Finałów Konferencji Zachodniej. Spotkanie było wyrównane, a na samym początku Spurs nie mogąc opanowac nerwów psuli rzut za rzutem dzięki czemu goście szybko odskoczyli na różnice siedmiu punktów (9:2). Po pięciu minutach gry Ostrogi wreszcie zaczęły trafiać, ale końcówka kwarty znów należała do gości, którzy dzięki akcjom Kevina Duranta wygrali tę odsłonę 22:16. W drugiej kwarcie SAS zaczęli grać lepiej i doszli przeciwników na różnicę jednego celnego rzutu, ale wciąż nie mogli wyjść na prowadzenie gdyż Grzmoty odpowiadały na każde trafienie ekipy z Teksasu. Po raz pierwszy w tym meczu gospodarze objęli prowadzenie (45:43) na 37 sekund przed przerwą po celnym rzucie zza łuku Kawhi Leonarda. W samej końcówce Danny Green powiększył przewagę Spurs o kolejne trzy punkty i przed rozpoczęciem drugiej połowy meczu Ostrogi prowadziły 48:43. Początek trzeciej kwarty to dwie kolejne udane "trójki" Greena i powiększenie przewagi jego zespołu do trzynastu punktów (62:49). Wówczas wydawało się, że SAS opanowali wydarzenia na parkiecie i zakończą to spotkanie pewnym zwycięstwem. Jednak Oklahoma ma jeden niesamowity atut, jest nieprzewidywalna i nigdy nie wiadomo kiedy któryś z ich wielkich gwiazdorów nagle "odpali". W tym meczu świetna formą błysnął akutat Russell Westbrook, który w trzeciej kwarcie zdobył 11 punktów i udanie kierował grą swoich kolegów. Ci także dobrze sie spisywali i Oklahoma zmniejszyła straty na koniec tej odsłony meczu do zaledwie trzech punktów (69:72). Ostatnia kwarta to już typowa wymiana ciosów, podczas której Spurs odskakiwali rywalom na kilka punktów, a ci natychmiast niwelowali ich przewagę. Thunder po raz pierwszy ponownie wyszli na prowadzenie na niecełe dwie minuty przed końcem zawodów po celnej dobitce Enesa Kantera (90:88). Następnie na udana akcję Tony'ego Parkera odpowiedział dwoma osobistymi Kevin Durant. Przed ponowną szansą na doprowadzenie do remisu stanął na linii rzutów wolnych Parker, ale pomylił sie w swojej drugiej próbie dzięki czemu goście mieli jeden punkt zapasu. Pół minuty przed końcem piłkę stracił jednak Durant i Parker postanowił zrehabilitować sie za niecelny rzut osobisty, lecz jego próba na 11 sekund przed ostatnia syreną okazała się również nieudana. Następnie Spurs nie potrafili sfaulować od razu rywali, a gdy już udało im się tego dokonać to Westbrook zdołał trafić jednocześnie swój rzut i mając okazję na akcję 2+1 nie zaprzepaścił swojej szansy. Kolejne próby rzutów za trzy punkty Leonarda i Greena okazały sie niecelne i zwycięstwo Oklahomy stało się faktem. Najlepszym graczem meczu został Russell Westbrook, który uzyskał 35 punktów, 11 zbiórek, 9 asyst i 2 przechwyty. Wśród pokonanych dobrze spisał się Kawhi Leonard zapisując na swoim koncie 26 punktów, 6 zbiórek, 4 asysty i aż 5 przechwytów. Słabiej tym razem spisał się LaMarcus Aldridge, który co prawda zdobył 20 punktów, ale potrzebował do tego aż 21 rzutów z gry (z czego tylko 6 trafił). Oklahoma stanie za dwa dni przed ogromną szansą na awans do następnej rundy playoffs i we własnej hali będzie faworytem, a Spurs po bardzo mocnym początku serii jakby gasną w oczach i tylko maksymalna mobilizacja może im pomóc wrócić na decydujące spotkanie do San Antonio.


10 Maj,2016


Stephen Curry wybrany MVP sezonu!

Stephen Curry został po raz drugi z rzędu wybrany Najbardziej Wartościowym Zawonikiem (MVP) ligi NBA. Curry zwyciężył jednogłośnie zdobywając wszystkie 131 możliwych pierwszych miejsc, co dało mu w sumie 1310 punktów. Do tej pory żaden zawodnik w historii NBA nie osiągnął kompletu pierwszych miejsc i aż tak bardzo nie zdominował tej klasyfikacji. Nad drugim w głosowaniu Kawhi Leonardem Curry miał ponad dwukrotną przewagę (KL 634 pkt), co pokazuje jak bardzo Steph zdominował ten sezon. Wybór jest jak najbardziej prawidłowy i nie można mieć choćby cienia wątpliwości, czy Curry zasłużył na to wyróżnienie. Dla niedowiarków niech przemówią liczby. W sezonie 2015/16 został on Królem Strzelców ligi ze średnia 30,1 punktów na jedno spotkanie, a tę liczbę uzyskał spędzając na parkiecie średnio niecałe 35 minut (34,2). Do tego Steph dołożył tytuł najlepiej przechwytującego gracza ligi (2,14) oraz całą masę indywidualnych rekordów związanych z niesamowitą umiejetnością rzucania zza łuku. Curry trafiał aż 402 razy w sezonie za trzy punkty pobijając własny rekord sprzed roku o ponad 100 celnych rzutów. Nigdy wcześniej nikt nie zdołał przekroczyć nawet linii 300 celnych "trójek", a Curry od razu wywindował ten wynik wręcz do niemożliwości. Oznacza to, iz średnio trafiał ponad pięć razy w meczu za trzy (5,1) przy skuteczności 45,4%, co przy tej ilości oddanych rzutów jest wręcz niespotykaną liczbą. Nasz bohater zaliczał też w każdym meczu co najmniej jeden celny rzut zza linii 7,24. Curry dostał się również do szacownego grona zawodników osiągających w sezonie bilans 50-45-90. Te tajemnicze liczby oznaczają graczy, którzy trafiali z procentem: ponad 50 z gry, ponad 45 za trzy punkty i ponad 90 z linii rzutów wolnych. Gwiazdor Wojowników osiągał kolejno 50,4%, 45,4% oraz 90,8%. Wreszcie był on głównym motorem napędowym drużyny, która ustanowiła kilka rekordów NBA w obecnych rozgrywkach zaczynając od 24 zwycięstw z rzędu, a kończąc na pobitym rekordzie zwycięstw Chicago Bulls z sezonu 1995/96 kiedy to Byki wygrywały 72 razy. W tym sezonie Wojownikom udało się zwyciężyć w aż 73 spotkaniach i wielka w tym zasługa właśnie Stephena Curry'ego. Tak więc nagroda trafiła naprawdę w godne ręce, a przed Stefkiem juz teraz tylko jeden cel jakim jest obrona Mistrzowskiego Tytułu. Jeśli Wojownicy ponownie okażą się najlepsi, a Cury zdobędzie tytuł MVP Finałów to ten sezon będzie dla niego po prostu perfekcyjny. Ale czyż nie taki jest właśnie Stephen Curry!!!

Oto wyniki głosowania na MVP sezonu 2105/16

1. Stephen Curry 1310 pkt
2. Kawhi Leonard 634
3. LeBron James 631
4. Russell Westbrook 486
5. Kevin Durant 147
6. Chris Paul 107
7. Draymond Green 50
8. Damian Lillard 26
9. James Harden 9
10. Kyle Lowry 6 


10 Maj, 2016


Miami Heat 94:87 Toronto Raptors

Czwarty mecz obu drużyn w tej serii i trzecia dogrywka, co pokazuje nam jak wyrównany jest ten półfinał Konferencji. Dzisiejsze spotkanie również miało bardzo zacięty przebieg, a żaden z zespołów nie potrafił w trakcie meczu odskoczyć rywalom na więcej niż 9 punktów. Obie drużyny przystapiły do zawodów bez swoich pierwszych centrów (Whiteside'a i Valanciunasa), a lepiej spotkanie rozpoczeli gospodarze, którzy po pierwszej kwarcie prowadzili 25:21. W trakcie drugiej części gry Heat powiększyli przewagę i na przerwę schodzili z wynikiem 44:35. Raptorom wystarczyło jednak zaledwie sześć minut trzeciej kwarty by objąć prowadzenie 50:48, a cała ta część meczu zakończyła się wynikiem 62:60. W czwartej odsłonie spotkania ekipa z Kanady, dzięki udanym rzutom za trzy punkty Terrence'a Ross'a, zdołała odskoczyć na 9 punktów różnicy (77:68) i prowadzenie utrzymywała aż do ostatniej minuty regulaminowego czasu gry. Wówczas to na 12 sekund przed końcową syreną stan meczu wyrównał Dwyane Wade, a próba zapewnienia zwyciestwa ekipie z Toronto nie powiodła się Corey Josephowi i mogliśmy byc świadkami kolejnej dogrywki w tej serii. Jej bohaterem został Goran Dragic, który na 22 sekundy przed końcem wykonał akcję 2+1 i zapewnił Żarom bezpieczne, pięciopunktowe prowadzenie. Gości dobił ostatecznie Wade, który w nastepnej akcji najpierw przechwycił piłkę, by po chwili wsadem zakończyć marzenia Raptors o ewentualnym triumfie w tym meczu. D-Wade z 30-ma punktami na koncie okazał się być najlepszym zawodnikiem na parkiecie. Wśród gości zawiódł duet Lowry-DeRozan, który zaliczył wspólnie tylko 19 punktów trafiając zaledwie 6 z 28 prób z gry. Nieźle spisał się zastępujący na środku Jonasa Valanciunasa Bismack Biyombo, zaliczając double-double na poziomie 13-13, ale było to zbyt mało by mysleć o końcowym zwycięstwie. Nastepne spotkanie obu drużyn już za dwa dni w Toronto i możemy znów być świadkami kolejnego wyrównanego starcia.


Portland Trail Blazers 125:132 Golden State Warriors

Przed meczem numer cztery pojawiła się szansa na udział w tym spotkaniu Stephena Curry'ego, który z powodu kontuzji kolana nie uczestniczył dotąd w rywalizacji przeciwko Blazersom. Tak też się stało, a Steph który zaczął zawody na ławce rezerwowych zameldował się na parkiecie w połowie pierwszej kwarty. Już wówczas Wojownicy przegrywali wysoko (2:16) mając zaledwie dziewięcioprocentową skuteczność rzutów z gry. Koledzy z drużyny widząc powrót swojego lidera zaczeli lepiej grać i zniwelowali stratę do ośmiu punktów (18:26), a Steph zaliczył w pierwszej części meczu 4 "oczka" na swoim koncie. W drugiej kwarcie oba zespoły rozstrzelały sie na dobre rzucając wspólnie aż 80 punktów (41:39 dla PTB), a na przerwę gospodarze schodzili z dziesięciopunktową zaliczką. W trzeciej kwarcie Warriors zacieśnili szyki obronne, a z letargu strzeleckiego obudził się Klay Thompson, który dotąd miał na koncie zaledwie 6 punktów przy zerowej skuteczności rzutów z gry (0/6). W tej części gry nadrobił jednak zaległości rzucając czterokrotnie celnie zza łuku i wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie 79:78. Jednopunktowym prowadzeniem GSW (86:85) zakończyła się ta część meczu i o końcowym triumfie któregoś z zespołów miało zadecydować ostatnie 12 minut. Początek należał do Curry'ego i spółki, ale dzieki trzem celnym rzutom za trzy punkty w ciągu jednej minuty (2x McCollum i raz Aminu) Blazersi wyszli ponownie na prowadzenie (96:95). Na pięć minut przed końcem meczu pojawił sie na parkiecie ponownie Stephen Curry i swoją obecność zaznaczył od razu celną "trójką". W odpowiedzi Damian Lillard zdobył siedem punktów z rzędu wyprowadzając swój zespół na prowadzenie 107:103 na niecałe trzy minuty przed zakończeniem spotkania. W samej końcówce Curry i Barnes celnymi rzutami zza linii 7,24 odpowiedzieli na kolejne dwa punkty Lillarda i zrobiło sie po 111. Taki wynik utrzymał się do zakończenia regulaminowego czasu gry i do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. W niej swoja klasę pokazał Curry, który w ciągu trzech minut zdobył 12 punktów wyprowadzając Mistrzów NBA na pięciopunktowe prowadzenie 123:118. Ostatecznie Wojownicy triumfowali 132:125, a ich lider zdobył w swoim powrocie po kontuzji 40 punktów, z czego aż 17 w dogrywce co jest nowym rekordem NBA podczas dodatkowych pięciu minut gry! Wśród pokonanych 36 "oczek" uzbierał na swoim koncie Damian Lillard potwierdzając, iż bardzo odpowiada mu granie przeciwko Warriors (35 punktów średnio w ośmiu meczach sezonu). Stephen Curry udowodnił tym występem jak wiele znaczy dla swojej drużyny, a także jak znakomitym jest zawodnikiem, już teraz wymienianym na równi ze swoimi wielkimi poprzednikami. Teraz rywalizacja wraca do Oakland, a Mistrzów NBA już tylko jedno zwycięstwo dzieli od awansu do Finałów Konferencji Zachodniej. 


09 Maj, 2016


Atlanta Hawks 99:100 Cleveland Cavaliers

Koszykarze Cleveland Cavaliers jako pierwsi spośród ośmiu walczących jeszcze w tym sezonie drużyn awansowali do najlepszej czwórki ligi. Dzisiaj po raz czwarty z rzędu i jedenasty łącznie z poprzednimi rozgrywkami wygrali z Atlantą Hawks pieczętując swój awans do Finału Konferencji Wschodniej. Sam mecz był najbardziej wyrównany spośród wszystkich czterech starć obu drużyn w fazie postseason, a jego losy ważyły się do ostatniej sekundy. Pierwsza kwarta należała do gospodarzy, którzy dzięki bardzo dobrej grze Paula Millsapa (15 pkt) prowadzili dziewięcioma punktami (36:27). Druga odsłona meczu to pogoń za wynikiem gości, którym udało się zniwelować do przerwy przewagę Hawks do dwóch punktów (56:58). Od tego momentu aż do samego końca żadna z drużyn nie potrafiła już odskoczyc przeciwnikom na więcej niż 6 punktów przewagi. W ostatniej kwarcie nerwowość wdarła się w poczynania obu zespołów, co można było zauważyć po niecelnych rzutach LeBrona Jamesa, który na nieco ponad minutę przed końcem spotkania czterokrotnie próbował w ciągu jednej akcji zdobyć punkty spod kosza z mizernym skutkiem. To jednak do Króla Jamesa należało ostatnie słowo i czterema punktami w ostatniej minucie zawodów oraz powstrzymaniem akcji Dennisa Schrodera w samej końcówce meczu przesądził o zwycięstwie Cavs. Jamesowi zabrakło zaledwie jednej asysty do osiagnięcia triple-double, a na swoim koncie zapisał ostatecznie 21 punktów, 10 zbiórek i 9 asyst. Double-double na poziomie 27-13 popisał sie Kevin Love, a Kyrie Irving dołożył od siebie 21 "oczek". Wśród pokonanych najwięcej punktów zdobył rezerwowy rozgrywający Dennis Schroder (21). Tak więc Jastrzębie ani razu w tym sezonie nie zdołały pokonać Cleveland i chyba lepiej dla nich, że te rozgrywki dobiegły już końca, a Cavs mogą teraz spokojnie zregenerować siły i czekać na rywala w walce o Finał NBA.


Oklahoma City Thunder 111:97 San Antonio Spurs

Ten mecz był dla Oklahomy z gatunku być albo nie być, gdyż ewentualna porażka drugi raz z rzędu na własnym parkiecie mogła oznaczać koniec marzeń na udział w Finale Konferencji Zachodniej. Ciężar gatunkowy tego spotkania odbił sie na graczach OKC w pierwszej kwarcie, którą przegrali 17:27. Spurs bardzo dobrze weszli w te zawody, a prym w ich szeregach wiódł jak zwykle duet skrzydłowych Kawhi Leonard-LaMarcus Aldridge. Bardzo dobrze radził sobie też Tony Parker, który wreszcie przypominał siebie sprzed dwóch lat gdy prowadził San Antonio do Mistrzostwa NBA. Do przerwy SAS prowadzili 53:45 i zanosiło się na ich trzecie zwycięstwo w tej serii. Jednak na drugą połowę meczu gospodarze wyszli wyjatkowo zmobilizowani i pokazali to z czego słyną, czyli niesamowitą łatwość gry w ataku. Przede wszystkim obudził się wreszcie Kevin Durant, który zaczął trafiać rzut za rzutem i w drugiej połowie zdobył aż 29 punktów. Thunder zdominowali wydarzenia na parkiecie zwłaszcza w czwartej odsłonie meczu, którą wygrali 34:16, pozwalając duetowi Aldridge/Leonard na zdobycie tylko jednego punktu w ciagu ostatnich 12 minut! Skrzydłowi SAS mieli na swoim koncie we wcześniejszych trzech kwartach wspólnie 40 punktów (KL 21, LMA 19), ale w ostatniej kompletnie nic im nie wychodziło i nie trafili ani jednego rzutu z gry. Durant w tej kwarcie zdobył natomiast 17 "oczek", czyli więcej niż cała drużyna z Teksasu, i zakończył zawody z 41 punktami na koncie wyrównując swój najlepszy wynik pod wzgledem strzeleckim podczas wystepów w fazie playoff w całej karierze. W trakcie ostatnich trzech minut goście ani razu nie trafili z gry wygladając na parkiecie jak dzieci zagubione we mgle i nawet czasy brane przez trenera Popovicha nic nie potrafiły zmienić w ich grze. Najlepiej w barwach Ostróg wypadł w tym meczu Tony Parker, który zdobył 22 punkty trafiając 10 z 16 rzutów z gry. W zespole gospodarzy oprócz fantastycznego Duranta dobrze spisał sie także Russell Westbrook, który skupił sie tym razem na dostarczaniu podań kolegom z drużyny i zaliczył aż 15 asyst, do których dodał 14 punktów, 7 zbiórek i 3 przechwyty. Tak więc seria, która od początku zapowiadała się bardzo ciekawie nabiera coraz większych rumieńców i niewykluczone, że obejrzymy w niej wszystkie z siedmiu przewidzianych spotkań. W każdym razie następne już za dwa dni w San Antonio i to Spurs teraz będą pod większą presją zwycięstwa. 


08 Maj, 2016


Miami Heat 91:95 Toronto Raptors

Koszykarze z Toronto odrobili straty ze spotkania inaugurującego serię wygrywając w wyjazdowym meczu z Miami Heat. Tym razem do wyłonienia zwycięzcy nie była potrzebna dogrywka, tak jak to miało miejsce podczas obu spotkań w Toronto, ale zawody były do końca wyrównane, a kwestia zwycięstwa ważyła się do ostatniej sekundy. Od początku spotkania zarysowała sie lekka przewaga gości, a kłopoty Heat mogło znamionować zejście z parkietu na początku drugiej kwarty centra gospodarzy Hassana Whiteside'a, który zmagał sie z bólem prawego kolana i nie był w stanie kontynuować gry. Już wówczas Raptors prowadzili sześcioma punktami (25:19), a ich przewaga powiększała się w drugiej części tej kwarty i do przerwy wynosiła dziewięć punktów (49:40). Pierwsze minuty trzeciej odsłony meczu należały ponownie do graczy z Kanady, którzy po dwóch "trójkach" Kyle'a Lowry'ego odskoczyli na różnicę aż trzynastu punktów (55:42). Niedobrą informacją dla ekipy z Kanady była skręcona kostka Jonasa Valanciunasa tuż po rozpoczeciu drugiej połowy, w związku z czym środkowy Toronto musiał opuścić parkiet aż do końca spotkania. Wówczas zaczął się koncert gry Dwyane Wade'a, który zdobył tylko w tej kwarcie 18 "oczek" i doprowadził swój zespół do stanu remisowego po 68. Początek ostatniej części meczu to sześć punktów z rzędu gospodarzy i wszystko wskazywało na to, iż przejmą oni kontrole nad wydarzeniami na parkiecie. Innego zdania był jednak Lowry, który jak do tej pory nie błyszczał podczas tegorocznych playoffów. W ciągu siedmiu minut rzucił 14 punktów i wydatnie pomógł Raptorom wyjść na trzypunktowe prowadzenie (89:86) na pół minuty przed końcem meczu. Wówczas ponownie przypomniał o sobie Dwyane Wade zdobywając 7 punktów dla swojej drużyny, ale celne rzuty osobiste DeMara DeRozana przesądziły o zwyciestwie ekipy z Toronto. Najlepszymi graczami swoich zespołów zostali wspomniani Wade i Lowry. D-Wade zdobył ostatecznie 38 punktów, a Lowry odpowiedział 33-ma "oczkami". Lider Miami nie miał dzisiaj jednak odpowiedniego wsparcia kolegów, czego nie można powiedzieć o partnerach Lowry'ego. Zarówno DeRozan (19 pkt) jak i Valanciunas (double-double 16-12 w ciagu 22 minut gry) mieli swój duży udział w triumfie gości. Raptorom udało się zatem już w pierwszym podejściu odzyskać przewagę parkietu, a za dwa dni spróbuja ponownie wygrać na Florydzie i wrócić do domu z zaliczką 3:1, co postawiłoby ich w wyjatkowo komfortowej sytuacji.


Portland Trail Blazers 120:108 Golden State Warriors

Blazersi na własnym parkiecie to zdecydowanie inna drużyna niż na wyjeździe i właśnie tej nocy przekonali sie o tym Mistrzowie NBA, którzy musieli uznać wyższość ekipy z Oregonu. Portland w dość łatwy sposób uporali się z Wojownikami prowadząc przez większość spotkania, a zwycięstwo zawdzięczają przede wszystkim swojemu liderowi Damianowi Lillardowi. Rozgrywajacy Blazersów dobrze wszedł w ten mecz i już po pierwszej kwarcie miał na swoim koncie trzy celne rzuty zza łuku i 11 punktów na koncie. Jego zespół przegrał co prawda tę część gry 22:28, a działo się tak głównie za sprawą fantastycznej gry Klaya Thompsona, który w ciągu pierwszych 12 minut rzucił rywalom aż 18 punktów. Druga kwarta to już wyłącznie popis gospodarzy, którzy dzieki świetnej postawie Lillarda (25 pkt do przerwy) i Al Farouqa Aminu (11 pkt w tej kwarcie) wygrali drugą odsłonę zawodów 36:18 i objęli prowadzenie do przerwy 58:46. Kolejna część meczu to wymiana ciosów w ofensywie zakończona wynikiem 35:34 dla PTB, co ugruntowało ich przewagę. W tej kwarcie szalał na parkiecie Draymond Green, który uzbierał aż 19 "oczek" trafiając między innymi pięciokrotnie za trzy punkty. Pomni doświadczeń z poprzedniego spotkania obu drużyn, kiedy to w decydującej części meczu Golden State zmiażdżyło Portland 34:12, tym razem gospodarze wytrzymali napór Wojowników i przegrali tę kwarte zaledwie jednym punktem (27:28) odnosząc ostatecznie zasłużone zwycięstwo dwunastoma punktami. Najlepszym graczem wśród zwycięzców był niewątpliwie wspomniany Lillard, który zdobył ostatecznie 40 punktów trafiając 14 z 27 rzutów z gry (w tym 8/13 za trzy punkty). Do tego wyczynu dodał 10 asyst i pięć zbiórek, co tylko potwierdza jego fantastyczna formę w tym meczu. Dzielnie wspierali go również Aminu (23 pkt i 10 zbr) oraz C.J. McCollum (22 pkt). Po stronie przegranych świetną dyspozycją błysnęli, w zastępstwie kontuzjowanego wciąż Stephena Curry'ego, dwaj liderzy Draymond Green i Klay Thompson. Green uzyskał 37 punktów (13/23 z gry, 8/12 zza łuku), 9 zbiórek i 8 asyst,a Thompson dołożył od siebie 35 punktów (14/28 z gry, w tym 5/9 zza linii 7,24). To było dobre, nastawione na ofensywę spotkanie i podobnie może być za dwa dni, kiedy to Blazersi spróbują wyrównać stan serii na 2:2. 


07 Maj, 2016


Atlanta Hawks 108:121 Cleveland Cavaliers

Dziesiąty raz z rzędu Cleveland okazali sie lepsi od Atlanty, choć jeszcze do początku czwartej kwarty Jastrzebie trzymały się dzielnie i miały nadzieje na końcowy sukces. Początek spotkania należał do Kevina Love'a, który zdobył dla Cavs pierwsze 13 punktów w meczu. Dzięki celnym rzutom za trzy punkty Channinga Frye'a na początku drugiej kwarty goście osiągnęli ośmiopunktową przewagę (41:33), którą następnie utrzymywali do połowy tej części meczu. Od tego jednak momentu gospodarze głównie za sprawą Kyle'a Korvera i Jeffa Teague, którzy zaczęli trafiać "trójki" w ciagu czterech minut gry zaliczyli run 20:3 prowadząc do przerwy 63:55. W trzeciej kwarcie trwała walka cios za cios, a Cavs zdołali zmniejszyć swoje straty do sześciu "oczek" (85:91). Ostatnia część meczu rozwiała jednak wszelkie wątpliwości, która drużyna jest lepsza i komu należy się awans do Finałów Konferencji Wschodniej. Od początku ostatniej odsłony meczu obudził się niewidoczny do tej pory Kyrie Irving i wraz z Frey'em swoimi celnymi rzutami zza linii 7,24 wyprowadzili Cleveland w połowie kwarty na prowadzenie 106:103. W końcówce meczu dzięki trafieniom LeBrona Jamesa goście powiększyli przewagę wygrywając ostatecznie trzynastoma punktami i wychodząc na prowadzenie 3:0 w serii. Najlepszym zawodnikiem meczu był bezapelacyjnie Channing Frye, który ustanowił swój nowy rekord kariery rzucając aż 27 punktów. Frye trafiał ze znakomitą skutecznością 10/13 z gry, w tym 7/9 za trzy punkty. Bardzo dobrze spisała sie też "Wielka Trójka" Cavs. LBJ i Irving zdobyli po 24 punkty, a Love dołożył do tego zestawu 21 "oczek". Zarówno Love jak i James zaliczyli w tym meczu double-double zbierajac z tablic odpowiednio 15 i 13 piłek. LeBronowi niewiele zabrakło do osiągnięcia triple-double, gdyż na swoim koncie zapisał także 8 asyst. Wśród pokonanych najlepiej spisał się zdobywca 24 punktów Al Horford. Gracze z Cleveland po raz kolejny trafiali w tym meczu seryjnie za trzy punkty wykorzystując 21 z 39 oddanych rzutów zza łuku. Losy tej serii są już w zasadzie wyjaśnione i nie zdziwię sie jeśli Cavs, którzy jeszcze nie przegrali meczu podczas tegorocznych playoffs, zafundują kolejnego sweepa swoim rywalom z Atlanty.


Oklahoma City Thunder 96:100 San Antonio Spurs

Spotkanie było od początku wyrównane, choć toczone pod lekkie dyktando gości z San Antonio, którzy po pierwszej kwarcie prowadzili 27:20. Na przełomie dwóch początkowych kwart gospodarze nie potrafili zdobyć punktów przez osiem minut i przewaga SAS wzrosła do 15 "oczek" (35:20). Grzmoty otrząsnęły się jednak z letargu i zdołały nawet wygrać drugą odsłonę meczu 22:20 zmniejszając stratę do pięciu punktów. Trzecia kwarta ponownie dwoma punktami dla Oklahomy (27:25) i o wszystkim miała rozstrzygnąć ostatnia część zawodów. Początek czwartej kwarty należał do gospodarzy, którzy po celnych "trójkach" Serge'a Ibaki i Russella Westbrooka wyszli na prowadzenie 81:77. Goście jednak opanowali nerwy i dzięki rzetelnej grze odsoczyli rywalom na sześć punktów różnicy (91:85). OKC grali natomiast nerwowo i popełniali dużo błędów decydując się na nieprzygotowane rzuty. Ich liderzy Durant i Westbrook zaliczyli trzy straty w ciągu dwóch minut i Spurs powiększyli prowadzenie do siedmiu punktów (96:89). Wówczas sprawy w swoje ręce wziął Westbrook, który zdobył pięć punktów z rzędu i Oklahoma ponownie złapała kontakt z rywalami. Kluczowym momentem spotkania okazała sie być ofensywna zbiórka Kawhi Leonarda po niecelnej próbie LaMarcusa Aldridge'a. OKC musieli faulować Tony'ego Parkera, który zamienił swoje próby z rzutów wolnych na dwa punkty. Jeszcze w odpowiedzi trafił Waiters i ponownie mieliśmy do czynienia z faulem gospodarzy i rzutami osobistymi Spurs. Tym razem na dwie sekundy przed końcem meczu ciśnienie wytrzymał Leonard i stało sie jasne, że Ostrogi już nie przegrają tego meczu. Najlepiej wśród zwycięzców spisał się Kawhi Leonard, który uzyskał 31 punktów, 11 zbiórek, 3 asysty oraz po 1 bloku i przechwycie. W ekipie z Oklahomy najwięcej punktów zdobył Russell Westbrook (31), ale potrzebował do tego osiągnięcia aż 31 rzutów z gry. Russ zaliczył także 9 zbiórek i 8 asyst, ale obaj z Durantem (26 pkt) mieli jednak aż po 5 strat w meczu. San Antonio odrobili zatem stratę poniesioną na własnym parkiecie, ale ta seria mimo ogólnie lepszej postawy Ostróg może nam jeszcze przynieść spodziewane emocje. 


06 Maj, 2016


Toronto Raptors 96:92 Miami Heat

Mecz numer dwa tej serii znów przyniósł nam duże emocje, a do wyłonienia zwycięzcy po raz kolejny potrzebna była dogrywka. Początek zawodów przyniósł przewagę Toronto, którzy wykorzystali 11 strat rywali w pierwszych dwunastu minutach i na początku drugiej kwarty prowadzili już 14-ma punktami (33:19). Miami mozolnie odrabiali straty i pod koniec trzeciej kwarty doprowadzili do remisu po 61, a następnie dzięki celnemu rzutowi Dwyane Wade'a zakończyli tę część meczu na prowadzeniu 65:63. W połowie czwartej kwarty Heat zwiększyli swoją przewagę do siedmiu punktów (77:70) i Raptorom mocno zajrzało w oczy widmo drugiej z rzędu porażki na własnym parkiecie. Końcówka regulaminowego czasu gry należała jednak do gospodarzy, a szczególnie dobrze spisał się w niej Jonas Valanciunas, który w ciagu trzech minut zdobył 6 punktów, w tym wykonał kluczową dobitkę po niecelnym osobistym DeMara DeRozana na 1,22 sekunkdy przed końcem wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie 82:80. Dzięki celnym "trójkom" Wade'a i Dragica Miami zdołało wyrównać stan meczu na 86:86, a tym razem rzut za trzy punkty w ostatniej sekundzie Kyle'a Lowry'ego okazał się niecelny i oba zespoły musiały walczyć przez dodatkowe pięć minut. W dogrywce Żary nie potrafiły zdobyć punktów przez pierwsze 4,5 minuty i kiedy w końcu zaczęli trafiać było już za późno na odrobienie wcześniejszych strat. Najlepszym strzelcem Raptorów został DeMarre Carroll, który zdobył 21 punktów, a na wyróżnienie zasłużył również Valanciunas, który zakończył spotkanie z double-double na poziomie 15-12. Znów z kiepską skutecznością zagrali obwodowi gracze Raptors DeRozan i Lowry, którzy wspólnie oddali 46 rzutów trafiając zaledwie 16 z nich. Wśród gości po raz kolejny dobre zawody rozegrał Goran Dragic trafiając 8 z 12 rzutów z gry (w tym oba celne podejścia zza łuku) i zdobywając 20 punktów. Cała pierwsza piątka Heat uzyskała dwucyfrową zdobycz punktową, ale jako zespół Miami zaliczyli zdecydowanie więcej strat 21:9 i to była jedna z głównych przyczyn ich porażki. Tak więc po dwóch meczach w Kanadzie mamy remis i teraz seria przenosi się na Florydę, gdzie Miami Heat czują się wyjatkowo mocni i na pewno będa chcieli odskoczyć przeciwnikom na różnicę dwóch zwycięstw. 


05 Maj, 2016


Cleveland Cavaliers 123:98 Atlanta Hawks

Mecz numer dwa tej serii potwierdził dominację Cleveland nad Atlantą, która poległa z dzisiejszym rywalem po raz dziewiąty z rzędu kompletnie nie radząc sobie w obronie i pozwalając przeciwnikom na oddanie aż 25 celnych rzutów za trzy punkty, co jest nowym rekordem NBA! Hawks trzymali się dzielnie do połowy pierwszej kwarty i stanu 16:16. Od tego momentu zaczęła grać tylko jedna drużyna, a sygnał do zniszczenia gości dali trzema celnymi "trójkami" w ciagu jednej minuty LeBron James, Kevin Love i J.R. Smith. Do końca tej części gry Cavs zaliczyli run 19:4, wygrywając ją 35:20 i trafiając w pierwszej odsłonie meczu aż 8 razy zza łuku. W ciągu następnych czterech i pół minuty do kosza Jastrzębi poszybowało kolejnych pięć celnych rzutów za trzy punkty, a przewaga Cleveland wynosiła już wówczas 25 punktów (52:27) i widać było, że przy dzisiejszym nastawieniu obu zespołów jest już po emocjach. Gospodarze w ciągu drugich dwunastu minut trafili zza linii 7,24 aż dziesięciokrotnie i do przerwy mieli na swoim koncie 18 celnych rzutów za trzy punkty (na 27 prób) i prawie 40-sto punktową przewagę (74:38). Na cztery minuty przed zakończeniem trzeciej kwarty Cavs wynik na tablicy brzmiał 100:60 i trener Lue zaczął powoli wpuszczać głęnokie rezerwy oszczędzając swoich starterów, którzy zrobili dzisiaj kawał dobrej roboty. Dzięki temu Atlancie udało sie zmniejszyć straty i zakończyć mecz z "tylko" 25-cio punktowym deficytem (98:123). Cavs trafili ostatecznie aż 25 "trójek", co jest nowym rekordem NBA w jednym spotkaniu w jakiejkolwiek fazie rozgrywek (poprzedni wynosił 23 i należał do Orlando z 2009 roku i Houston z 2013). W ich barwach na wyróżnienie zasłużyli przede wszystkim LeBron James, zdobywca 27 punktów (9/15 z gry, w tym 4/6 za trzy punkty) i J.R. Smith 23 pkt (8/14 z gry, w tym 7/13 zza łuku). Dobre zawody rozegrał także Kyrie Irving, który oddał niewiele jak na niego rzutów (tylko 9, z czego 5 celnych), ale zza łuku przymierzył 4/5 zadobywając w ciągu 22 minut 19 punktów i dodając do nich 6 asyst. Wśród gości jedynie Paul Millsap trzymał w miare fason i zakończył spotkanie z double-double na swoim koncie (16-11). Tak więc Cavaliers po raz kolejny potwierdzili swoją dominację nie tylko nad Atlantą, ale ogólnie na całym Wschodnim Wybrzeżu i zdaje się, że pierwsze schody pojawią się dla nich dopiero w Finale NBA, do którego jeśli tak dalej pójdzie (nie przegrali jeszcze w playoffs meczu) przystapią wyjątkowo wypoczęci.


04 Maj, 2016


Toronto Raptors 96:102 Miami Heat

Tradycji w Toronto stało się zadość i gospodarze dzisiejszego meczu po raz dziewiąty (na 10 startów) przegrali otwierający serię mecz w fazie postseason (w tym piąty przed własną publicznością). Tej nocy Raptors stoczyli jednak zacięty i wyrównany bój z Miami Heat, a do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. Wyjątkowo emocjonujaca była końcówka regulaminowego czasu gry. Najpierw na 40 sekund przed końcem meczu po celnym rzucie za trzy punkty Gorana Dragica Heat odskoczyli na różnicę pięciu punktów (86:81), a nastepnie po serii celnych osobistych powiększyli przewagę do sześciu "oczek" odpowiadając w ten sposób na udany rzut Corey Josepha. 6 sekund przed końcem kwarty zza łuku przymierzył Terrence Ross, a nastepnie Luol Deng źle wprowadził piłkę z boku boiska i ta wróciła ponownie do graczy z Toronto. Faulowany po chwili Ross celnie wykonał pierwszy rzut osobisty, a nastepnie specjalnie przestrzelił licząc na zbiórkę kolegów z drużyny. Piłka padła jednak łupem Hassana Whiteside'a, który po chwili został sfaulowany i podszedł do linii rzutów wolnych trafiając tylko jeden z dwóch osobistych. W ten sposób na 3 sekundy przed końcem meczu piłka trafiła w ręce Kyle'a Lowry'ego, który celnym rzutem z połowy boiska doprowadził do dogrywki ku wielkiej uciesze kibiców w Air Canada Centre i niedowierzaniu garczy z Miami. Ci drudzy jednak szybko otrząsnęli się i za sprawą świetnej gry Dwyane Wade'a wygrali dodatkowe 5 minut. D-Wade rzucił w dogrywce 7 ze swoich 24 punktów zdobytych w meczu i tym samym przeskoczył w klasyfikacji najlepszych strzelców fazy playoff Elgina Baylora plasując się obecnie na 16 miejscu w historii z 3638 punktów na swoim koncie. W następnym meczu wyprzedzi pewnie Scottie Pippena, gdyż traci do niego zaledwie 4 punkty. W dzisiejszym spotkaniu po raz kolejny dobrze radził sobie kolega z obwodu Wade'a Goran Dragic, który zakończył te zawody z 26 zdobytymi "oczkami". Wśród gospodarzy na wyróżnienie zasłużył center Jonas Valanciunas, który zaliczył double-double na poziomie 24-14 oraz dodał do tego po 3 bloki i asysty. Kolejny mecz pomiędzy obiema drużynami odbędzie się już za dwa dni również w Toronto, a Raptors będą mieli okazję do rewanżu.


Golden State Warriors 110:99 Portland Trail Blazer
s

Golden State Warriors zwyciężyli w meczu numer dwa z Portland Trail Blazers i udowodnili, że potrafią wygrywać nawet w trudnych okolicznościach bez udziału Stephena Curry'ego. Wojownicy bardzo słabo weszli w to spotkanie i Blazersi prowadzili po pierwszej kwarcie 34:21, a po nastepnych 4 minutach drugiej odsłony meczu powiększyli przewagę do 17 punktów (45:28). Od tego momentu zaczęła się lepsza gra Warriors, ale zaliczka po stronie Portland cały czas utrzymywała się w granicach dziesięciu punktów. Ostatnia kwarta to już jednak dominacja gospodarzy, którzy wygrali tę część meczu aż 34:12, a w ciągu 7 minut zaliczyli run 22:4. Goście wyjatkowo pogubili sie w tej części gry grając nerwowo i oddając nieprzygotowane rzuty, a ich lider Damian Lillard nie zdobył w ciągu 12 minut żadnego punktu, kończąc zawody z 25 "oczkami" na koncie. Najlepszym graczem GSW okazał się Klay Thompson, który zdobył 27 punktów z czego aż 10 w ciągu kluczowych pięciu minut decydującej kwarty. PTB nie są wyznacznikiem dla Mistrzów NBA i ten mecz skończył się tak jak powinien, ale powrót do gry po tak słabym początku i ostateczne zwycięstwo na pewno podbudują morale Wojowników w oczekiwaniu na powrót do gry ich lidera Stephena Curry'ego i poważniejszą przeszkodę w Finale Konferencji Zachodniej, gdzie przyjdzie im sie zmierzyć ze zwycięzcą pary San Antonio Spurs - Oklahoma City Thunder. 


03 Maj, 2016


Nadchodząca noc przyniesie nam start ostatniej serii półfinałów Konferencji, a konkurować o miejsce w Finale na Wschodzie będą Toronto Raptors i Miami Heat. Obie drużyny do awansu do tej rundy zmagań potrzebowały aż siedmiu meczów, by uporać sie ze swoimi przeciwnikami (Indianą i Charlotte). Moim zdaniem Heat są bardziej poukładanym i doświadczonym zespołem, co na tym etapie rozgrywek może mieć duże znaczenie. Raptors po decydującym zwycięstwie nad Pacers być może odżyli psychicznie, odgonili stare demony i pozbyli się wreszcie opini zespołu nie potrafiacego przejść pierwszej rundy playoffs. Mimo wszysyko to niżej rozstawieni Heat zrobili lepsze wrażenie w tej fazie rozgrywek, choć przez chwilę też stali na krawędzi upadku i pod wodzą Dwyane Wade'a na pewno będą w stanie przełamać parkiet w Toronto i awansować dalej. Gdzie upatruję przewagi Żarów? Paradoksalnie tam gdzie Toronto czują się najmocniej, czyli na obwodzie. Duet DeRozna-Lowry gra w trakcie postseason zdecydowanie w kratkę, natomiast ich odpowiednicy z Miami całkiem regularnie punktują, a Goran Dragic zagrał w meczu numer siedem przeciwko Charlotte jeden z najlepszych meczów w karierze i powinno go to uskrzydlić na nadchodzącą serię. Na środku center Heat Hassan Whiteside powinien postawić twarde warunki swojemu vis a vis Jonasowi Valanciunasowi, który może mieć kłopoty z osiąganiem średnich na poziomie double-double jak to zdarzało się mu w serii przeciwko Indianie. Tak więc moim zdaniem, mimo przewagi parkietu ekipy z Kanady Żary są lekkim faworytem i stawiam w tej parze na 4:2 dla Miami.


03 Maj, 2016


Cleveland Cavaliers 104:93 Atlanta Hawks

Cavs odnieśli, licząc z poprzednim sezonem, dziewiąte z rzędu zwycięstwo nad swoimi dzisiejszymi rywalami i objęli prowadzenie w serii. Gospodarze lepiej zaczęli mecz numer jeden półfinałów na Wschodzie i pierwszą kwartę zakończyli jedenastopunktową przewagą (30:19). Druga odsłona spotkania to wyrównana walka z obu stron, a w zespole Jastrzębi z bardzo dobrej strony pokazał się rezerwowy rozgrywający Dennis Schroder, który tylko w tej części gry zdobył 10 punktów. Cleveland znów odskoczyli swoim przeciwnikom w trzeciej kwarcie kiedy to po udanych akcjach LeBrona Jamesa i Kevina Love'a wyszli na prowadzenie 72:54. Końcowe trzy minuty tej części meczu należały jednak do gości, którzy ponownie dzięki zrywowi Schrodera i jego ośmiu punktom zdobytym w niespełna dwie minuty oraz celnym "trójkom" Bazemora i Scotta zmniejszyli dystans do czterech punktów (74:70). Ostatnie 12 minut to zacięta walka o zwycięstwo, podczas której Hawks zdołali objąć jednopunktowe prowadzenie na cztery i pół minuty przed końcem zawodów (88:87). Wówczas jednak dziesięć punktów z rzędu padło łupem gospodarzy i stało sie jasne, że nie wypuszczą już zwycięstwa ze swoich rąk. Najlepiej w ich szeregach spisał się LeBron James, który uzyskał 25 punktów, 9 asyst, 7 zbiórek i aż 5 przechwytów. Wśród pokonanych najlepszym graczem można uznać zdobywcę 27 punktów Dennisa Schrodera. Na trzy minuty przed końcem tego meczu niebezpieczie wyglądającego urazu barku doznał Kevin Love, który z powodu kontuzji tego samego barku opuścił zeszłoroczną większa część playoffs. Za dwa dni spotkanie numer dwa również w Cleveland i kolejna szansa dla Atlanty na odniesienie w końcu zwycięstwa i przerwanie wielomeczowej dominacji Cavs.


San Antonio Spurs 97:98 Oklahoma City Thunder

Po pierwszym meczu, w którym Ostrogi wręcz zniszczyły swoich rywali, dzisiaj mieliśmy do czynienia z odrodzeniem zespołu z Oklahomy i ich zwycięstwem w niebywale dramatycznych okolicznościach. Ale po koleiwink. Już początek spotkania znamionował, iż Thunder wyciągnęli wnioski z porażki w meczu numer jeden tej serii i zdecydowanie bardziej skupili się na obronie pozwalając przeciwnikom na zdobycie tylko 21 punktów w pierwszej kwarcie, co w porównaniu z 43-ma straconymi w ciągu pierwszych 12 minut poprzedniego meczu było dużym krokiem w przód. Sami gracze OKC zdobyli w tej części gry 29 "oczek", a sprawy w swoje ręce wziął od początku pałajacy chęcią rewanżu za wyjątkowo nieudany poprzedni mecz Russell Westbrook. Russ już podczas pierwszej kwarty zdobył tyle samo punktów (14) co podczas tamtego, feralnego występu. Gospodarze wrócili do dobrej gry w drugiej odsłonie meczu, głównie dzięki rozgrywajacemu po raz kolejny fantastyczne zawody LaMarcusowi Aldridge'owi, który już do przerwy miał na swoim koncie 22 punkty, a jego drużyna zmniejszyła dzięki temu stratę do trzech pkt (53:56). W trzeciej kwarcie znów nastąpił odskok Oklahomy, ponownie dzięki świetnej grze Westbrooka i na pięć minut przed jej zakończeniem na tablicy widniał wynik 75:64 dla gości. Chwilę później zmęczony forsowaniem tempa gry Russ usiadł na ławce rezerwowych, co skrzętnie wykorzystali gracze z San Antonio wygrywając końcówkę tej kwarty 12:2 i zmniejszając stratę do jednego punktu (76:77). W ostatniej odsłonie meczu oba zespoły grały zrywami i na osiem punktów z rzędu Grzmotów Ostrogi odpowiedziały tym samym, głównie dzięki dwóm celnym rzutom zza łuku w ciagu pół minuty Danny'ego Greena. W końcówce meczu znów zaczął trafiać duet Durant-Westbrook i OKC ponownie odskoczyli rywalom na pięć punktów (89:84). Od tego momentu nastapił atak gości, którzy wykorzystali świetną formę Aldridge'a. LMA zdobył w końcówce wszystkie punkty dla swojej drużyny, wykorzystując między innymi trzy rzuty osobiste po faulu na nim Serge'a Ibaki przy próbie rzutu za trzy punkty. Było to na trzynaście sekund przed końcem spotkania i chwilę później piłkę wyprowadzali z autu goście przy jednopunktowym prowadzeniu. Spurs bardzo uważnie pilnowali swoich rywali i Dion Waiters miał kłopot z dokładnym podaniem przez co Kevin Durant nie złapał dobrze piłki, która padła łupem Danny'ego Greena. Ten podał ją szybko do Patty Millsa, ale nie udało się zdobyć punktów z szybkiej kontry i po wymianie podań Mills ponownie stanął przed szansą zapewnienia swojej drużynie zwycięstwa. Jego rzut nie dotarł jednak do celu, a pod koszem Oklahomy kilku graczy w parterze walczyło jeszcze o piłkę, której nie dał sobie ostatecznie wyrwać Ibaka, dzięki czemu Oklahoma odniosła ważne zwycięstwo przełamując parkiet w San Antonio. Po końcowej syrenie Spurs mieli pretensje do sędziów za nieodgwizdanie rzekomego faulu Waitersa na Ginobilim (faktycznie lekko trącił go łokciem), ale na nic się to zdało. Wielkie brawa za ten mecz należą się przede wszystkim całej ekipie Thunder, która podniosła się po nokaucie w pierwszym meczu i pokazała dzisiaj, że jest w stanie walczyć z piekielnie mocnymi Spurs jak równy z równym. Do swojej optymalnej formy wrócił wystrzałowy duet OKC Durant-Westbrook. Russ uzyskał w tym meczu 29 punktów, 10 asyst, 7 zbiórek i 2 przechwyty. KD zdobył natomiast 28 punktów, do których dołożył 7 zbiórek i 4 asysty. Wśród pokonanych ponownie zaimponował LaMarcus Aldgridge, który rzucił dzisiaj aż 41 punktów, trafiając 15 z 21 rzutów z gry (w tym jedną "trójkę") oraz wszystkie 10 osobistych. Nieco słabiej spisali się dzisiaj Kawhi Leonard (14 pkt) oraz duet obwodowy Parker-Green, który wspólnie zaliczył tylko 16 punktów, trafiając zaledwie 6 z 20 prób z gry. Tak więc ta seria robi się, tak jak można było przypuszczać, bardzo ciekawa i teraz to San Antonio musi odrabiać straty w Oklahomie, na co nie zanosiło się zupełnie po meczu numer jeden. Ale to jest właśnie piękno tego sportu! 


02 Maj, 2016


Dziś czeka nas początek rywalizacji w półfinale Konferencji Wschodniej pomiędzy Cleveland Cavaliers i Atlantą Hawks. Cavs są oczywiście faworytami tej serii, jak i zresztą całych zmagań na Wschodnim Wybrzeżu. Jastrzebie pokazały w starciu z Boston Celtics, że defensywa i gra zespołowa są ich mocną stroną, ale czy na Cleveland to wystarczy? Szczerze mowiąc nie sądzę. Cavs mają zbyt wiele indywidualności mogących zmienić w każdej chwili przebieg wydarzeń na parkiecie, a ich "wielkie trio" powinno zdominować swoich rywali. W poprzednim sezonie Hawks gładko polegli z Cleveland na etapie Finału Konferencji nie wygrywając żadnego spotkania, mimo iż tamten sezon regularny zakończyli na pierwszym miejscu w swojej Konferencji i mieli przewagę parkietu. Wówczas próbę ograniczenia poczynań LeBrona Jamesa wziął na siebie dobry obrońca jakim jest DeMarre Carroll, obecnie już gracz Toronto. Nie sądzę aby w tym roku zastepujacy Carrolla Kent Bazemore dał sobie radę z Królem Jamesem, który powinien dominować w tej rywalizacji. Ciekawie zapowiadają sie matchupy Kyrie Irving-Jeff Teague i Kevin Love- Paul Millsap, a na środku Al Horford jest na pewno bardziej wszechstronnym graczem od duetu Thompson-Mozgov. Mimo wszystko wyżej cenię umiejętności graczy z Cleveland, którzy mimo swoich indywidualności tworzą także zgraną drużynę potrafiącą dobrze bronić. W sezonie regularnym wszystkie trzy spotkania padły łupem Cavaliers i odnoszę wrażenie, że podobnie może być w tej serii. Atlanta to rzetelny zespół, grający pod wodzą Mike'a Budenholzera ułożoną koszykówkę, ale bez przebłysków w grze i jeśli nie będa im wpadały "trójki" to ta rywalizacja może się zakończyć podobnie jak w zeszłym roku. Stawiam na 4:1 dla Cleveland.


01/02 Maj, 2016


Miami Heat 106:73 Charlotte Hornets

Miami Heat wykorzystali przewagę własnego parkietu i pokonali w decydujacym, siódmym meczu serii Charlotte Hornets awansując do drugiej rundy playoffs. Gospodarze od samego początku zdomninowali to spotkanie nie przegrywając w trakcie jego trwania nawet przez moment, a ich najwyższa przewaga osiągała już nawet 38 punktów pod koniec meczu (101:63). Jeśli jeszcze do przerwy Szerszenie mogły mieć nadzieję na końcowy sukces, przegrywając wówczas tylko dwunastoma punktami, to już początek trzeciej kwarty rozwiał wszelkie watpliwości. Żary wygrały bowiem pierwsze sześć i pół minuty tej części gry aż 20:4 i odebrały gościom jakikolwiek zapał do dalszej rywalizacji. Nawet prezydent klubu z Charlotte Michael Jordan, siedzący ze smutną mina w jednym ze sky boxów przy ogromnym pudle z popcornem, wiedział że może już zapomnieć o upragnionym awansie do nastepnej rundy. Ojcem zwycięstwa Heat był rozgrywajacy ekipy z Florydy Goran Dragic, który uzyskał w ciagu 31 minut spedzonych na parkiecie 25 punktów, 6 zbiórek i 4 asysty. Zdominował on swojego vis a vis Kembę Walkera, który trafił zaledwie 3 z 16 rzutów z gry i zakończył mecz z 9 punktami na koncie (najmniej w całej serii). Cała drużyna Szerszeni rozegrała bardzo słabe zawody rzucając z gry z bardzo słabą skutecznością 32,1% (27/84). Miami czekają teraz na wyłonienie ich przeciwnika w kolejnej rundzie playoffów, a o wszystkim rozstrzygnie mecz numer siedem w Toronto, gdzie miejscowi Raptors podejmą Indianę Pacers. Niezależnie od wyniku tego spotkania Heat powinni być moim zdaniem faworytami do awansu do Finałów Konferencji Wschodniej.


Golden State Warriors 118:106 Portland Trail Blazers

Mistrzowie NBA rozpoczęli półfinał Konferencji od zwycięstwa na własnym parkiecie nad Portland Trail Blazers. Grajacy wciąż bez Stephena Curry'ego Wojownicy od początku spotkania dominowali nad rywalami, a w rolach głównych wystapili Klay Thompson i Draymond Green. Ten pierwszy został najlepszym strzelcem meczu z 37 punktami na koncie, natomiast Green popisał się pierwszym triple-double podczas tegorocznych playoffów. Skrzydłowy GSW uzyskał 23 punkty, 13 zbiórek i 11 asyst oraz dołożył do tego zestawu 3 bloki, w tym potężną "czapę" na liderze gości Damianie Lillardzie. Rozgrywajacy Blazersów zdobył w trakcie całego spotkania 30 punktów, ale potrzebował do tego osiągnięcia aż 26 rzutów z gry i 10 osobistych. Słabo spisał sie tym razem jego kolega z obwodu C.J. McCollum, który rzucił tylko 12 punktów a jego skuteczność też pozostawiała wiele do życzenia (5/17 z gry, w tym 0/4 za trzy punkty). Wojownicy wyraźnie wygrali to spotkanie na tablicach osiągając o 15 zbiórek więcej od Blazersów (55:40). Ich prowadzenie w kulminacyjnym momencie (pod koniec trzeciej kwarty) wynosiło 26 punktów (87:61), a wygrana na przestrzeni całego meczu nie była choćby przez moment zagrożona. Tym meczem Golden State Warriors pokazali, iż nawet bez swojej największej gwiazdy potrafią być szalenie groźni, ale nie zapominajmy że Portland nie będzie tu wyznacznikiem możliwości Mistrzów NBA i cała "zabawa" zacznie się dopiero w Finale Konferencji, w którym najprawdopodobniej zameldują sie własnie Wojownicy, choć niekoniecznie bez porażki w tej serii.


Toronto Raptors 89:84 Indiana Pacers

Znamy już komplet ośmiu drużyn walczących nadal o Mistrzowski Tytuł, a ostatni dołączyli do tego grona koszykarze Toronto Raptors wygrywając na własnym parkiecie w decydującym starciu pierwszej rundy z Indianą Pacers. Ekipa z Kanady taki poziom rozgrywek po raz pierwszy od 2001 roku. Siódme spotkanie obu drużyn było wyrównane jak cała dotychczasowa seria i od początku stało się pojedynkiem dwóch najwiekszych gwiazd: DeMara DeRozana i Paula George'a. Po pierwszej kwarcie Raptory prowadziły pięcioma punktami (28:23), a ich lider miał na swoim koncie 13 punktów, przy dwunastu "oczkach" PG13. Do przerwy prowadzenie Toronto wzrosło o jeden punkt i stan meczu wynosił 50:44. Trzecia odsłona spotkania przyniosła gospodarzom, za sprawą świetnej gry DeRozana, już piętnastopunktowe prowadzenie na niecełe dwie minuty przed jej końcem (77:62), a na początku ostatniej kwarty sięgnęło najwyższych rozmiarów w meczu (83:67) po trafieniu rezerwowego Corey Josepha. Na trybunach Air Canada Centre zaczęło się już świętowanie sukcesu, co wyraźnie rozzłościło graczy Indiany, którzy rozpoczeli pogoń za rywalami rzucajac wszystko na jedna kartę. Przez kolejne siedem minut meczu zaliczyli oni run 17:4 i zmniejszyli przewagę rywali do zaledwie trzech punktów (87:84). Raptors wyglądali teraz na przerażonych wymykającą się z rąk szansą i popełniali błąd za błędem nie mogąc opanować zdenerwowania. Po niecelnej próbie za trzy punkty DeRozana piłka znalazła sie w rękach George'a, ale podczas próby podania do Iana Mahinmiego zaliczył on stratę na rzecz DeRozana, który faulowany wykorzystał oba rzuty wolne i ustalił wynik tego meczu dając jednocześnie awans swojej drużynie do kolejnej rundy playoffs. DMDR zdobył w trakcie całych zawodów 30 punktów, a Jonas Valanciunas dodał od siebie double-double na poziomie 10-15. Wśród pokonanych najlepiej spisał się Paul George - zdobywca 26 punktów i 12 zbiórek. To była bardzo wyrównana seria i drużyna Indiany wcale nie była gorsza od jej odpowiedników z Toronto, ale tylko jedni mogli awansować i tym razem padło na Kanadyjczyków, których teraz czeka konfrontacja z Miami Heat w półfinale Konferencji Wschodniej. 


01 Maj, 2016

Dzisiaj do gry w drugiej rundzie playoff przystepują Obrońcy Tytułu Golden State Warriors, a ich przeciwnikami będą opromienieni pokonaniem w pierwszej rundzie wyżej rozstawionych LA Clippers Portland Trail Blazers. Czego możemy sie spodziewać po tej serii? Na pewno ofensywnej koszykówki nastawionej na zdobywanie punktów rzutami zza łuku. W sezonie regularnym obie drużyny spotykały się czterokrotnie (bilans 3:1 dla GSW) i za każdym razem ich spotkania obfitowały w sporą liczbę zdobytych punktów (średnio 241,25). Zarówno Wojownicy jak i Blazersi uwielbiają rzucać zza linii 7,24, a podczas ich marcowego meczu do obu koszy wpadło aż 37 rzutów za trzy punkty, dzięki czemu obie ekipy poprawiły rekord NBA pod tym względem. Jedni i drudzy bazują w swojej grze na backcourtach, choć tę serię Mistrzowie NBA zaczną na pewno bez swojego lidera Stephena Curry'ego. Świetnie w obecnych rozgrywkach w meczach przeciwko GSW spisywał się najlepszy gracz ekipy z Oregonu Damian Lillard, ustanawiając między innymi swój rekord kariery (51 pkt) w wygranym przez PTB meczu 137:111. Wdiać, że odpowiada mu styl gry Wojowników i mecze przeciwko nim kończył z imponującą średnią 36,5 punktów na jeden mecz. Forma frontcourtu Blazersów też wyraźnie poszła ostatnio w górę i Al Farouq Aminu oraz Mason Plumlee na pewno podejmą walkę ze swoimi odpowiednikami (Draymond Green i Andrew Bogut). C.J. McColum też powinien utrzymywać średnią w okolicach 20 punktów i jeśli jego "trójki" będą wpadały do kosza to naprawdę możemy być świadkami wyrównanej serii. Ciekawie będzie też wyglądała konfrontacja dwóch najlepszych trenerów sezonu Steve Kerra (pierwsze miejsce w głosowaniu) i Terry'ego Stottsa (drugie miejsce), który w tym sezonie wycisnął ze swojej drużyny maxa. Nie prorokuje tu jakiejś sensacji w stylu odpadnięcia Golden State, ale sądzę że jeśli Steph Curry nie wróci podczas tej serii do gry to możemy być świadkami co najmniej pięciu meczów. Ławka rezerwowych oraz przewaga parkietu bedą atutem Wojowników, ale Blazersi już zrobili w tym sezonie więcej niż sie od nich oczekiwało i powinni zagrać na luzie. Oni nic nie muszą udowadniać w przeciwieństwie do swoich rywali, na których będzie ciążyła presja faworytów. Po tym co pokazali w nocy San Antonio Spurs Warriors zaczynają coraz bardziej nerwowo spoglądać na rozkład nastepnej rundy. Ale najpierw muszą sie uporać z Blazersami! 


01 Maj, 2016


San Antonio Spurs 124:92 Oklahoma City Thunder

Już przed meczem numer jeden ta seria jawiła nam się jako spotkanie dwóch zespołów o porównywalnym potencjale, które powinny stworzyć niepowtarzalne widowisko. W sezonie regularnym obie ekipy podzieliły sie zwycięstwami (2:2), co dawało nadzieje na wyrównane i zacięte spotkania. Piewrsze z nich miało dać odpowiedź na ile Oklahoma jest w stanie swoją nieobliczalnością w ataku przeciwstawić się perfekcyjnej wręcz maszynie trenera Gregga Popovicha. Mocarstwowe plany Thunder szybko jednak zweryfikowała rzeczywistość, a goście zanotowali już w pierwszej kwarcie szybki blowout. Przewaga SAS od samego początku była wręcz przygniatajaca, a różnica punktowa rosła w zastraszajacym tempie. Gospodarze praktycznie nie mylili się przy swoich rzutach, a ich rywale oszołomieni niczym bokser po błyskawicznym nokaucie nie potrafili opanować nerwów i z minuty na minutę pogrążali sie coraz bardziej. Na koniec pierwszej kwarty przewaga Ostróg wynosiła aż 23 punkty (43:20) i w zasadzie było już po meczu. Obrona Oklahomy kompletnie nie istniała, a każdy z graczy Spurs robił na parkiecie co tylko chciał, co miało przełożenie w procencie celnych rzutów z gry, który wyniósł aż 82%! Znakomity duet skrzydłowych SAS miał na swoim koncie po pierwszych dwunastu minutach 27 punktów (Aldridge 15, Leonard 12), a reszta drużyny też nie próżnowała. Jeśli kibice Oklahomy liczyli na odrodzenie swojej drużyny w drugiej kwarcie to srodze się zawiedli, gdyż gra obu zespołów nie uległa jakiejkolwiek zmianie i do przerwy przewaga Teksańczyków wzrosła do 33 punktów (73:40). Spurs mieli po pierwszej połowie 70-cio procentową skuteczność z gry, co wystawia najgorsze świadectwo defensywie Grzmotów. Ich ofensywa też zresztą pozostawiała wiele do życzenia, a prym wiódł w niecelnych rzutach Russell Westbrook (3/13 z gry). Kevin Durant też wyglądał na oszołomionego całą ta sytuacją, a trener Billy Donovan z niedowierzaniem spogladał na parkiet zastanawiając się co wyprawia jego zespół. Tak więc mecz był już rozstrzygnietu do przerwy, ale Spurs postanowili dobić rywali i na koniec trzeciej kwarty ich przewaga sięgnęła 39 punktów (105:66). Tempa nie zwalniał cały czas LaMarcus Aldridge, który trafiał jak w transie mając po niecałych 34 minutach meczu na swoim koncie aż 38 punktów. Wówczas trener Popovich dał odpocząć swoim starterom i goście zmniejszyli nieco straty w ostatniej części gry ulegajac ostatecznie 32-ma punktami. Najlepszym strzelcem meczu został wspomniany Aldridge, który trafił aż 18 z 23 rzutów z gry, w tym pierwzsą swoja "trójkę" w tym sezonie i uzbierał w ciągu niecałych 30 minut spędzonych na parkiecie 38 "oczek". Jego kolega ze skrzydła Kawhi Leonard dodał od siebie 25 punktów oraz po 5 zbiórek i asyst grając równie skutecznie (10/13 z gry), a cichym bohaterem meczu można uznać Danny'ego Greena, który nie dość że zagrał skutecznie w ofensywie (18 pkt, 6/7 z gry w tym 5/6 za trzy punkty) to jeszcze uprzykrzał życie w defensywie zarówno Durantowi jak i Westbrookowi. Obaj gwiazdorzy Oklahomy będa chcieli jak najszybciej zapomnieć o tym spotkaniu (jak każdy kibic OKC zresztą), w którym wspólnie zdobyli zaledwie 30 punktów (KD 16, RW 14). Najlepiej (jeśli można w tym przypadku uzyć w ogóle takiego sformułowania) wśród gości wypadł Serge Ibaka, który zdobył 19 punktów ale za to kompletnie nie radził sobie w obronie z fontcourtem gospodarzy. Tak więc mecz numer jeden dał nam jasną odpowiedź kto jest faworytem tej serii, ale nie wolno skreślać od razu ekipy z Okalhomy, gdyż to na tyle nieobliczalna drużyna, że jest w stanie w następnym meczu pokazać swoja drugą, znacznie lepszą twarz. Na razie jednak Spurs to pokazali swoją moc i na pewno postraszyli Golden State Warriors, którzy z coraz większym zaniepokojeniem będą teraz wyczekiwać powrotu do gry Stephena Curry'ego. Jedno jest pewne po tym meczu - San Antonio Spurs z taką grą stać w tym roku na zdobycie Mistrzowskich Pierścieni!


Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Znajdź nas na Facebooku
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem