Rookies

Niedziela, Październik 25, 2015

       Ależ ten czas leci, jeszcze cztery miesiące temu śledziliśmy wybór pierwszoroczniaków podczas gali w Brooklynie, a już za parę dni te nieopierzone młokosy wybiegną na parkiety NBA toczyć zażarte boje ze swoimi bardziej doświadczonymi kolegami. Pewne przetarcie w postaci Ligi letniej oraz przygotowawczego campu już przeszli, ale prawdziwa walka zacznie się dopiero w ostatnim tygodniu października. Pewnie większość z nich dozna na początku lekkiego szoku spowodowanego m.in. natężeniem gry, jej szybkością oraz atletyzmem, ale na pewno dla paru z nich to przejście będzie łatwiejsze niż dla innych. Spróbujmy się zastanowić który z obecnych pierwszoroczniaków ma największe szanse przejść przez swój debiutancki sezon z podniesioną głową i zostać w 2016 roku wybranym Rookie of the Year. Aby zdobyć tą prestiżową nagrodę potrzeba co najmniej trzech rzeczy: sporej ilości minut spędzonych na parkiecie, jak najlepszych średnich liczbowych wykręcanych w statystykach oraz końskiego zdrowia i dobrego przygotowania fizycznego połączonego za szczęściem do unikania kontuzji. Tylko tyle i aż tyle. Przyjrzyjmy się, kto ma na papierze największe szanse.

Jahlil Okafor (Philadelphia 76ers) według mnie jawi się jako faworyt numer jeden w walce o tytuł najlepszego pierwszoroczniaka. Numer 3 tegorocznego draftu powinien być starterem w swojej drużynie, gdyż przymierzany na pozycję centra jeszcze przed rokiem Joel Embid już drugi sezon leczy złamaną stopę i być może całe kolejne rozgrywki spędzi na oglądaniu poczynań swoich kolegów z trybun. Wydaje się więc, że Okafor będzie podstawowym centrem swojej drużyny, a pełniący te obowiązki w zeszłym sezonie Nerlens Noel zostanie przesunięty na czwórkę. Tak więc na liczbę minut Jahlil nie powinien narzekać, tak jak i na szanse oddawania rzutów, gdyż Philadelphia nie posiada wielu strzelców i swoje szanse w meczu Okafor na pewno otrzyma. Już przed draftem zwracano uwagę na bardzo dobre przygotowanie atletyczne tego gracza, nie odbiegające zbytnio standardom NBA, więc i na tym polu powinien sobie poradzić.           
Emmanuel Muddiay (Denver Nuggets) to numer 7 tegorocznego draftu, o którym mówi się, że był udanym przechwytem ekipy z Kolorado. W każdym razie wydaje się, iż trafił do idealnej drużyny w idealnym momencie na początku swojej kariery. Nuggets mieli nieudany zeszły sezon w trakcie którego drużyna skłóciła się wewnętrznie między sobą co spowodowało odejście kilku zawodników oraz trenera. Wśród graczy, którzy opuścili Denver znaleźli się m.in. rozgrywający Ty Lawson oraz rzucający obrońca Arron Affalo robiąc lukę na swoich pozycjach. Muddiay jest typem combo guarda najlepiej czującego się w roli egzekutora i wszystko wskazuje na to, iż zostanie mu powierzona rola dwójki w wyjściowym składzie swojej ekipy. Tak więc minut dla niego znajdzie się sporo, a reszta już w jego rękach, nogach i głowie.       Karl-Anthony Towns (Minnesota Timberwolves) został wybrany z jedynką w tegorocznym drafcie i wszystkie oczy będą skierowane właśnie na niego. Jak poradzić sobie z ta presją powinien zapytać kolegę z drużyny Andrew Wigginsa, który w zeszłym sezonie w znakomitym stylu zdobył nagrodę Rookie of the Year. Towns jest niewątpliwie bardzo utalentowanym graczem, którego głównym atutem jest wszechstronność, ale czy już w tym roku potwierdzi swoje wszystkie atuty? W lidze letniej miał duże problemy z faulami i jeśli szybko nie poprawi się w tej kwestii to jego liczba minut może spadać w gwałtownym tempie. Patrząc też na roster Minnesoty ma na swojej pozycji mocnych konkurentów (Nikola Pekovic i Gorgui Dieng) i nie jest powiedziane, że będzie starterem w każdym meczu. Pierwszy miesiąc powinien wyjaśnić wiele i jeśli KAT odpowiednio zaadaptuje się w drużynie to może być głównym kandydatem do nagrody dla debiutanta roku. Jedno jest pewne, że to materiał na gwiazdę Ligi w przyszłości i to nie debiutancki sezon będzie dla niego wyznacznikiem kariery. Anthony Davis też nie zdobył w swoim pierwszym roku nagrody, a po trzech latach kariery jest jednym z najlepszych zawodników na parkietach NBA.                                                   Stanley Johnson (Detroit Pistons) niski skrzydłowy, który został wybrany z numerem 8 . Bardzo dobrze spisywał się w lidze letniej, gdzie udowodnił że jest typem all around playera, wykręcając świetne statystyki praktycznie w każdej kategorii. Do tego wszystkiego doszła dobra gra w obronie, z której Stanley słynął już na uczelni. Wydaje się, że trener Stan van Gundy może dać mu szansę na grę w pierwszej piątce Tłoków i jeśli Johnson odpowiednio ją wykorzysta to kto wie czy nie będzie on jednym z głównych kandydatów do nagrody Rookie of the Year. Jeśli będzie dostawał odpowiednią liczbę minut i wykorzysta ją w odpowiedni sposób to może się okazać, że to właśnie Detroit udało się wykonać przechwyt roku kontraktując z numerem 8 Stanleya Johnsona.                                                                                      D’Angelo Russel (Los Angeles Lakers) tegoroczna dwójka, wybrana przez Lakersów z myślą o zastąpieniu w przyszłości Kobe Bryanta. Już sama myśl o tym mogłaby być dla niego piętnem na początek kariery, ale Russel wygląda na pewnego siebie młodzieńca i wydaje mu się to bardziej schlebiać niż go przytłaczać. Zobaczymy jak Kobe odnajdzie się w roli mentora i czy pokieruje swojego młodszego kolegę na odpowiednie tory. D’Angelo powinien się znaleźć w wyjściowym składzie, choć nie należy zapominać o zeszłorocznym debiutancie Jordanie Clarksonie, który w trakcie poprzednich rozgrywek był jednym z niewielu pozytywów w rosterze Lakersów. W trakcie offseason ze sztabu szkoleniowego dochodziły słuchy o planowanym przesunięciu Kobiego na trójkę, co oznaczałoby robienie miejsca pod grę w wyjściowym składzie dla Russela. Na tym etapie, na którym znaleźli się Jeziorowcy jest tylko szansa, że może być lepiej, a jeśli z bagna w którym tkwi ta niesamowicie utytułowana drużyna wyprowadzi ich właśnie Russel to kto wie czy nie stanie się głównym kandydatem do nagrody dla debiutanta roku.                                                                Myles Turner (Indiana Pacers) to 11 numer tegorocznego draftu i jednocześnie wielka niewiadoma. To wysoki zawodnik mogący grać zarówno na 5 jak i na 4. Swoją dość daleką pozycję zawdzięcza ciągnącej się za nim opinii gracza o kiepskiej motoryce, ale Larry Bird nie zważając na te opinie postawił na niego, a kto jak kto ale Bird na koszykówce zna się znakomicie i być może coś w tym chłopaku wypatrzył. Turner w meczach Ligii letniej spisywał się bardzo dobrze zdobywając średnio prawie 20 punktów i 10 zbiórek, dodając do tego wszystkiego kilka spektakularnych bloków. Jego dużym atutem jest rzut z dystansu nierzadko nawet za 3 punkty. Włodarze Pacers po przyjrzeniu się bliżej Mylesowi doszli do wniosku, że postawią na niego w zbliżającym się sezonie i pozwolili odejść swojemu dotychczas pierwszemu centrowi Royowi Hibbertowi. Tak więc miejmy oko na Turnera, bo być może to właśnie on będzie jednym z głównych ogniw odradzającej się po kiepskim zeszłym sezonie Indiany.

 
        Myślę, że wśród wymienionych wyżej zawodników powinien się znaleźć najlepszy debiutant sezonu 2015/16. Wiadomym jest, iż chrapkę na tą nagrodę ma każdy z pierwszoroczniaków i wielu z nich ma ogromny talent, ale nie każdemu będzie dane grać tyle ile by zapragnął. Niektóre drużyny dysponują na tyle mocnymi składami i grają od samego początku pod zbyt dużą presją zwycięstw żeby dać czas na ogrywanie się debiutantom. Stąd też ciężko będzie niektórym z nich na tyle rozwinąć skrzydła, aby pokazać drzemiące w nich możliwości         (Justice Winslow lub Cameroon Payne). Jest też grupa Europejczyków (Kristaps Porzigins, Mario Hezonja) przyzwyczajonych do kompletnie innego trybu rozgrywania meczów, którym trzeba dać więcej czasu aby przyzwyczaili się do stylu gry za Oceanem. Jedno jest pewne, że każdy z tych młodych chłopaków marzy o karierze swoich wielkich poprzedników i wszystko tak naprawdę zależy od ich pracy oraz talentu, a nie numeru z którym pojawili się w lidze. Mogą o tym choćby zaświadczyć Karl Malone, John Stockton, Clyde Drexler, Reggie Miller, Dennis Rodman, czy Joe Dumars którzy wybierani z dalszymi numerami zrobili wspaniałe kariery na parkietach NBA okraszone przyjęciem do Koszykarskiej Galerii Sław.
 

                                                                         Luk 

Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Znajdź nas na Facebooku
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem